Great Day

Great Day

wtorek, 3 maja 2016

51. Wy­padek to dziw­na rzecz. Nig­dy go nie ma, dopóki się nie wydarzy.

Pół nocy przepłakałam, moje ciało trzęsło się już z wysiłku i wyczerpania, ale nie mogłam powstrzymać szlochu. Było mi niedobrze, czułam się źle i w tamtym momencie chciałam umrzeć.... choć wiem że za takie myśli mogę znowu wrócić do ośrodka.
Wpadłam ( na moim zdaniem genialny pomysł w obecnej sytuacji...mózg już siada ) na pomysł żeby się przejść...Środek nocy a Ty Lia chcesz spacerek....
Wstałam, ale o zgrozo nie przewidziałam, że moje ciało aż tak bardzo się wyczerpało. Musiałam iść podtrzymując się ścian ( ale jestem cholernie zawzięta...i musiałam...i koniec) i różnych rzeczy, łzy przesłaniały mi cały widok, ale uporczywie szłam przed siebie. Musiałam stąd wyjść...w tym pokoju poczułam się nagle jak w zamknięciu....zamknięciu myśli i wspomnień... Wszędzie porozwieszane były fotki moje i Billa.... przedstawiające nasze wspólne początki...jeszcze z czasów przed wojskiem i psychiatrykiem...czasem miło było powspominać, ale nie w tym momencie i nie w tych okolicznościach.

Na korytarzu było cicho i ciemno. Powoli wyszłam przed dom, a potem przez ogród za furtkę. Stanęłam na środku jezdni, o tej porze nie jechał żaden samochód. Z oddali było słychać głośną muzykę i krzyki. Ktoś niedaleko urządzał imprezę i znakomicie się bawił....ale ja nie...Ruszyłam więc w przeciwnym kierunku. Szłam przed siebię ledwo stawiając nogi, co mnie podkusiło.... powinnam wracać...dlaczego moje ciało nie słucha ostrzeżeń mózgu.
Z oddali ujrzałam światła, trzeba więc było zejść z szosy na poboczę. Udało mi się to z wielkim trudem z małą pomocą drzewa ( no dobra ogromną XD ) Auto minęło mnie i ponownie mogłam wrócić na szosę. Niestety ... byłam zbyt wyczerpana...nawet taka czynność jak lekkie podniesienie nogi sprawiała mi trudność.... nie podniosłam nogi wyżej niż krawężnik i nie dałam rady go ominąć ... Runęłam jak długa... Nie miałam siły a ni nawet chęci żeby się podnieść. ... Łzy zalewały mnie zewsząd ...Leżałam na zimnej szosie nie mam pojęcia ile, aż usłyszałam zatrzymujące się auto a potem kroki.
- Przepraszam ? - jakiś mężczyzna próbował się ze mną skontaktować i mnie podnieść, przeszedł mnie dreszcz kiedy zimną dłonią dotknął mojego rozgrzanego gorączką wycieńczenia ciała. - Słyszy mnie pani.
- Tak - jęknęłam gdy podniósł mnie do pionu....ponownie straciłam równowagę - co się dzieje ? - jęknęłam
- Nie wiem, trzeba do szpitala - o.O
- Nie, nie nic mi nie jest - nie chce do szpitala !
- No nie wiem - zawachał się - wolałbym jednak żeby lekarz to sprawdził.
- Niech mnie pan poprostu odprowadzi do domu - byłam pewna, że to tylko zmęczenie
- Dobrze - powiedział cicho jakby ze strachem - nie jestem zbyt lubiany w tej okolicy, choćmy już - popędził mnie , nie jest zbyt lubiany ...o.O jakiś pierdolony sadysta ... Lia ... jaki sadysta ? Gdyby to był sadysta to do tej pory leżałabyś w rowie z nożem wbitym w nos.
Otworzył drzwi i próbował wsadzić mnie do auta.
- Wolałabym się przejść - wyrwałam się mu
- Usiądzie pani
- Nie ! - broniłam się
- Spokojnie - przemówił kojąco - Nie da pani rady dojść sama
- Dam radę, proszę
- Ok - zgodził się i wziął mnie pod ręke, powoli ruszyliśmy w kierunku  domu.

Na nasze nieszczęście zza rogu ciemnej uliczki wyszła grupka chłopaków...jak na moje oko byli albo dobrze pijani...albo naćpani....i o zgrozo szli prosto na nas ...i chyba nas wołali.... Mamo ratuj !
- Cruz ! - zagrodzili nam drogę - Co ty tutaj robisz? To nasz teren, zjeżdżaj - jeden z nich powiedział groźnie.
- Pomagam tylko - bronił się mój wybawca
- co powiedziałeś ? - Podeszli do nas...
- Że pomagam - i wtedy oberwał z pięści twarz.....Przewrócili go i kopali .... słyszałam tylko głuche uderzenia i jego jeki bólu....Trzeba mu pomóc....
- Zostawcie go ! - krzyknęłam do nich ...cała szósta momentalnie się odwróciła i widziałam tylko jak Cruz kręci głową .... Ledwo co stałam ...a czterech z nich podeszło do mnie.... Raz kozie śmierć...mówią że najlepszą obroną jest atak ... Do głowy uderzyła mi adrenalina.... Próbowałam popchnąć i przewrócić jednego z nich ... na niewiele się to zdało .... nawet nie drgną...nie miałam sił... i w gruncie rzeczy to ja oberwałam...od osobnika stojącego za mną.... Przewrócili mnie na ziemię...bili i szarpali...Przestałam liczyć ciosy jaki mi zadawali ....bili aż zaczęłam krwawić.... tak miałam obfity krwotok ...krew był wszędzie i to wyskoczyło na pierwszy plan....moja córeczka...Przestraszyli się chyba bo odskoczyli ode mnie jak oparzeni .... i uciekli ...









Bolało mnie wszędzie ...zaczęłam wymiotować i tracić świadomość.
Cruz z trudem podniósł się i podbiegł do mnie ...z jego ran na twarzy sączyła się krew...ale to było nie ważne...moja córeczka !!
- Zadzwoń - rozpłakałam się... - zadzwoń do niego ....- dławiłam się
- Chwycił za mój telefon, ale nie zadzwonił tam gdzie chciałam tylko po karetkę.
Płakałam z bólu i w głowie mi szumiało.... Cruz już rozmawiał z ratownikiem medycznym i omawiał po krótce sytuacje.
- Który to miesiąc ? - spytał
- 8 - odparłam pomiędzy skórczami podbrzusza
- Już jadą ... Wszystko będzie ok - zapewniał mnie ....- Teraz dzwonię na policję...
Traciłam świadomość....
Że też mi się cholera spacerków zachciało.....Bill....chce do Billa....gdzie jest Bill....jak zareaguje na to że zabiłam nasze dziecko ..... Chce do Billa ! ... straciłam świadomość ....




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz