Great Day

Great Day

czwartek, 7 lipca 2016

52. A błądzić jest rzeczą ludzką, a wybaczyć... no, to już może tylko miłość.

 * U Billa *

Co za uczucie. Nie wziął dziś rano jak co dzień, udało się. Starał się za dużo nie myśleć tylko skupić na pracy. Ręce mu się trzęsły i zalewały go poty, ale nie zwracał uwagi. Jeśli tylko tak będzie mógł ich odzyskać.  Co chwile uporczywie dzwonił telefon. 
Ignorował..... 
Brakowało mu rodziny, brakowało mu żony, przypomniał sobie ich początki. Naprawdę się kochali. Stworzyli cudowny związek, a potem cudowne małżeństwo i urodził im się cudowny synek ...Wszystko w jego życiu było cudowne...Miał prace, pieniądze, dach nad głową i rodzinę...Dlaczego więc sam umyślnie robi sobie krzywdę i pozbawia się najważniejszych w życiu wartości.
Telefon zadzwonił ponownie.
Odebrał 

B: Co jest ?
C: Pan Bill ?
B: Tak - o co chodziło ?
C: Nie mogłem się do pana dodzwonić
B: O co chodzi, pracuję - chciał zbyć mężczyzne 
C: Ja w sprawie Amalii, dzwonie ze szpitala.
Kiedy usłyszał jej imie ...zamarł 
B: Słucham ?
C: Została brutalnie pobita
B: To jakiś żart ? - początkowo nie uwierzył, to brzmiało tak okropnie że chciał żeby to był tylko głupi żart.
C: Z pewnością nie ! Krwawiła, nie mam pojęcia co z jej dzieckiem, ale prosiła żeby zadzwonić właśnie do pana kimkolwiek pan jest ! 
B: jak to krwawiła ? - podniósł głos nie docierało do niego
C: Kobieta żyje... - chwile zastanowienie - ..chyba
B: A moja córeczka ? - krzyknął już przez łzy - Jost ! - wydarł się w stronę drzwi
C:  Ah więc to pan jest ojcem
B: Co z moją córeczką - wyszeptał upadając na kolana...to tak bolało...Wszyscy wpadli do garderoby ...i patrzyli na zrospaczonego mężczyzne na kolanach - Jost - ponowny krzyk - Przebukuj mi bilety na już ! - wszyscy robili szybko z zawrotną prędkością....widzieli Billa w każdym stanie, ale chyba nie w takim ....
C:  Czekamy w szpitalu ! - usłyszał nim cisnął komórką przez pokój....



***

Biegł wpadając po drodzę na ludzi....sala 14.
Z daleka słyszał głos swojej teściowej ...krzyczała przez łzy.... Wszedł do sali.
- Jak mogłaś wyjść sama z domu, w środku nocy i nikogo o tym nie powiadomić ....do cholery ...pojebało cię...głupia dziewucha. 

Amalia zakrywała twarz dłońmi i chowała się pod kołdrę próbójąc odseparować się od wrzeszczącej matki. 
Odepchnął straszą kobiete i uklęknął przy łóżku żony. 
- Lia, kochanie - złapała kurczowo jego dłoń ukazując siniaki i obicia na twarzy. Miała rozbiegany wzrok ....bała się - Spokojnie, jestem tutaj
- Bill
- Ciii
- Dlaczego pan nikogo nie zawiadomił ? !! - matka przeniosła się na mężczyzę stojącego pod oknem.
- Zawiadomił mnie - powiedział cicho - Dziękuje - skinął głową w kierunku też nieźle pokiereszowanego mężczyzny.
- Dlaczego akurat jego ?
- Bo pani Amalia tego chciała, miałam zadzwonić do Billa, powiedziała wyraźnie - zdenerwował się.

W tym momencie do sali wszedł lekarz z maleństwem na rękach. Jego kobieta wyciągnęła dłonie w jego kierunku..... Czy to ....? 
Tak, to było jego maleństwo. Zrozumiał szybko że jego kobieta musiała przejść wywołanie porodu bo na skutek pobicia pojawiły się komplikacje.
Lekarz podał dziecko spokojniejszej już kobiecie.
- Wszystkie badania mała przeszła pomyślnie mimo to dla świętego spokoju na kilka dni włożymy ją do inkubatora bo jest wcześniakiem. Nie chcemy kusić losu. 

Amalia wtuliła się w ciałko maleńkiej dziewczynki ... Była taka maleńka, kruszynka, Bał się jej dotknąć kiedy kobieta chciała mu ją podać.
- Lia, to nie jest dobry pomysł, jest taka maleńka, nie ufam sobie na tyle żebym mógł ...
- Ja tobie ufam i w ciebie wierze... zawsze - podała mu córeczkę
- Moje śliczne maleństwo - szeptał wpatrując się w dziewczynkę.

* U Amalii *

Po kilku minutach dziewczynka wróciła do mnie. Miała takie kruche ciałko.
- Mogę ją już zabrać ? - spytał lekarz - Im szybciej się tam znajdzie tym lepiej. 

Bill jeszcze raz wziął małą ode mnie i podał lekarzowi. Nie chciałam się z nią rozstawać....ale tak było lepiej dla niej .... 
- Możecie ją odwiedzać jeśli tylko chcecie, jeśli tylko pańska żona poczuje się lepiej - lekarz uśmiechnął się do Billa
- Dziękuje - uścisnęli ręce - Za uratowanie ich obu
- Nie ma za co, taki mam zawód... - lekarz wyszedł. Zaraz potem mama i zostałam sama z Billem.
- Nie biore już od kilku dniu, przysięgam...- przytulił się do mnie 
- ał - jęknęłam 
- Coś nie tak ? - przeraził się 
- Wszystko mnie boli - odchylił lekko kołdrę...i to co zobaczył pewnie nie bardzo mu się spodobało.... Cała byłam pokryta opatrunkami i kolorowymi siniakami.
- O mój Boże - jęknął .... - Jestem idiotą, nienawidze się za to że doprowadziłem do czegoś takiego...Przepraszam ...- pocałował mnie - Tak bardzo się o was bałem
- Nie potrzebnie, mała jest zdrowa - posłałam mu uśmiech. Nie chce żeby się zadręczał...Każdy popełnia błędy ...trzeba umieć je wybaczać....





wtorek, 3 maja 2016

51. Wy­padek to dziw­na rzecz. Nig­dy go nie ma, dopóki się nie wydarzy.

Pół nocy przepłakałam, moje ciało trzęsło się już z wysiłku i wyczerpania, ale nie mogłam powstrzymać szlochu. Było mi niedobrze, czułam się źle i w tamtym momencie chciałam umrzeć.... choć wiem że za takie myśli mogę znowu wrócić do ośrodka.
Wpadłam ( na moim zdaniem genialny pomysł w obecnej sytuacji...mózg już siada ) na pomysł żeby się przejść...Środek nocy a Ty Lia chcesz spacerek....
Wstałam, ale o zgrozo nie przewidziałam, że moje ciało aż tak bardzo się wyczerpało. Musiałam iść podtrzymując się ścian ( ale jestem cholernie zawzięta...i musiałam...i koniec) i różnych rzeczy, łzy przesłaniały mi cały widok, ale uporczywie szłam przed siebie. Musiałam stąd wyjść...w tym pokoju poczułam się nagle jak w zamknięciu....zamknięciu myśli i wspomnień... Wszędzie porozwieszane były fotki moje i Billa.... przedstawiające nasze wspólne początki...jeszcze z czasów przed wojskiem i psychiatrykiem...czasem miło było powspominać, ale nie w tym momencie i nie w tych okolicznościach.

Na korytarzu było cicho i ciemno. Powoli wyszłam przed dom, a potem przez ogród za furtkę. Stanęłam na środku jezdni, o tej porze nie jechał żaden samochód. Z oddali było słychać głośną muzykę i krzyki. Ktoś niedaleko urządzał imprezę i znakomicie się bawił....ale ja nie...Ruszyłam więc w przeciwnym kierunku. Szłam przed siebię ledwo stawiając nogi, co mnie podkusiło.... powinnam wracać...dlaczego moje ciało nie słucha ostrzeżeń mózgu.
Z oddali ujrzałam światła, trzeba więc było zejść z szosy na poboczę. Udało mi się to z wielkim trudem z małą pomocą drzewa ( no dobra ogromną XD ) Auto minęło mnie i ponownie mogłam wrócić na szosę. Niestety ... byłam zbyt wyczerpana...nawet taka czynność jak lekkie podniesienie nogi sprawiała mi trudność.... nie podniosłam nogi wyżej niż krawężnik i nie dałam rady go ominąć ... Runęłam jak długa... Nie miałam siły a ni nawet chęci żeby się podnieść. ... Łzy zalewały mnie zewsząd ...Leżałam na zimnej szosie nie mam pojęcia ile, aż usłyszałam zatrzymujące się auto a potem kroki.
- Przepraszam ? - jakiś mężczyzna próbował się ze mną skontaktować i mnie podnieść, przeszedł mnie dreszcz kiedy zimną dłonią dotknął mojego rozgrzanego gorączką wycieńczenia ciała. - Słyszy mnie pani.
- Tak - jęknęłam gdy podniósł mnie do pionu....ponownie straciłam równowagę - co się dzieje ? - jęknęłam
- Nie wiem, trzeba do szpitala - o.O
- Nie, nie nic mi nie jest - nie chce do szpitala !
- No nie wiem - zawachał się - wolałbym jednak żeby lekarz to sprawdził.
- Niech mnie pan poprostu odprowadzi do domu - byłam pewna, że to tylko zmęczenie
- Dobrze - powiedział cicho jakby ze strachem - nie jestem zbyt lubiany w tej okolicy, choćmy już - popędził mnie , nie jest zbyt lubiany ...o.O jakiś pierdolony sadysta ... Lia ... jaki sadysta ? Gdyby to był sadysta to do tej pory leżałabyś w rowie z nożem wbitym w nos.
Otworzył drzwi i próbował wsadzić mnie do auta.
- Wolałabym się przejść - wyrwałam się mu
- Usiądzie pani
- Nie ! - broniłam się
- Spokojnie - przemówił kojąco - Nie da pani rady dojść sama
- Dam radę, proszę
- Ok - zgodził się i wziął mnie pod ręke, powoli ruszyliśmy w kierunku  domu.

Na nasze nieszczęście zza rogu ciemnej uliczki wyszła grupka chłopaków...jak na moje oko byli albo dobrze pijani...albo naćpani....i o zgrozo szli prosto na nas ...i chyba nas wołali.... Mamo ratuj !
- Cruz ! - zagrodzili nam drogę - Co ty tutaj robisz? To nasz teren, zjeżdżaj - jeden z nich powiedział groźnie.
- Pomagam tylko - bronił się mój wybawca
- co powiedziałeś ? - Podeszli do nas...
- Że pomagam - i wtedy oberwał z pięści twarz.....Przewrócili go i kopali .... słyszałam tylko głuche uderzenia i jego jeki bólu....Trzeba mu pomóc....
- Zostawcie go ! - krzyknęłam do nich ...cała szósta momentalnie się odwróciła i widziałam tylko jak Cruz kręci głową .... Ledwo co stałam ...a czterech z nich podeszło do mnie.... Raz kozie śmierć...mówią że najlepszą obroną jest atak ... Do głowy uderzyła mi adrenalina.... Próbowałam popchnąć i przewrócić jednego z nich ... na niewiele się to zdało .... nawet nie drgną...nie miałam sił... i w gruncie rzeczy to ja oberwałam...od osobnika stojącego za mną.... Przewrócili mnie na ziemię...bili i szarpali...Przestałam liczyć ciosy jaki mi zadawali ....bili aż zaczęłam krwawić.... tak miałam obfity krwotok ...krew był wszędzie i to wyskoczyło na pierwszy plan....moja córeczka...Przestraszyli się chyba bo odskoczyli ode mnie jak oparzeni .... i uciekli ...









Bolało mnie wszędzie ...zaczęłam wymiotować i tracić świadomość.
Cruz z trudem podniósł się i podbiegł do mnie ...z jego ran na twarzy sączyła się krew...ale to było nie ważne...moja córeczka !!
- Zadzwoń - rozpłakałam się... - zadzwoń do niego ....- dławiłam się
- Chwycił za mój telefon, ale nie zadzwonił tam gdzie chciałam tylko po karetkę.
Płakałam z bólu i w głowie mi szumiało.... Cruz już rozmawiał z ratownikiem medycznym i omawiał po krótce sytuacje.
- Który to miesiąc ? - spytał
- 8 - odparłam pomiędzy skórczami podbrzusza
- Już jadą ... Wszystko będzie ok - zapewniał mnie ....- Teraz dzwonię na policję...
Traciłam świadomość....
Że też mi się cholera spacerków zachciało.....Bill....chce do Billa....gdzie jest Bill....jak zareaguje na to że zabiłam nasze dziecko ..... Chce do Billa ! ... straciłam świadomość ....




piątek, 18 marca 2016

50. Obiet­ni­ce by­wają jak wa­ta cuk­ro­wa, słod­kie, roz­dmucha­ne i zu­pełnie bezwartościowe.

* U Billa *

Obudził się rano w dobrym humorze. Jego żony już nie było, pewnie poszła do swojego apartamentu i do Oliego. Denerwowało go to że nie mieszkają razem, ale chciał dać jej czas...



Wszystko go dzisiaj denerwowało , na niczym nie mógł skupić myśli.
Bill, nie możesz wziąc przecież obiecałeś !
Czym stanie się twoja rodzina ? 
Twoja żona i tak ci nie ufa, a synkowi boisz się spojrzeć w twarz....on jest przecież taki radosny 
A co z twoją córeczką ?
Darujesz sobie jeżeli cokolwiek jej się stanie ?

Jego podświadomość krzyczała do niego aż rozwalało mu mózg, głowa go bolała i chciało mu się rzygać.
Nachodziły go jakieś smętne myśli, a przecież wystarczyło tylko sięgnąć do kurtki. Tam czekał ukojenie.
Jak pomyślał tak zrobił, nie potrafił się oprzeć ani pohamować gdy w gre wchodziły narkotyki...już nie...

Wyciągnął pasek ze spodni i zacisnął na przedramieniu, wziął głęboki wdech i wyjął pełną strzykawkę.

Nie rób tego ! 
Już nie mógł się zatrzymać.
Docisnął tłok strzykawki i substancja znalazła się w jego żyłach.... Mineła chwila i poczuł się błogo, zajebiście. To cudowne uczucie, może nawet lepsze niż sex....
Na jego cholerne nieszczęście wtedy otworzyły się drzwi i staneła w nich Amalia. Z dziwnym spokojem spojrzał w jej oczy...już się nie bał... czuł się panem....


* U Amalii *

Stałam i patrzyłam w jego oczy. Nie miał w nich ani krzdy przykrości  i skruchy. Były  zimne, jakby wcale nie należały do mojego kochanego męża tylko do osoby, która ma nas gdzieś....która jest potworem i psychopatą. Poważnie, patrząc na mnie z tym dziwnym obłędem w oczach wyglądał jak psychol, p[ierwszy raz w życiu się go szczerze bałam.
Stałam i patrzyłam w lodowate oczy potwora.

- Co stoisz jak głupia ? - spytał nie miło - masz jakiś problem - warczał na mnie
- Bill ?
- co ?
- Co ty najlepszego robisz ? - prawie że płakałam
- o co ci chodzi - wstał i ruszył w moim kierunku, a ja nie po prostu uciekłam....nie poszedł za mną....


W głowie mi szumiało od natłoku myśli, ale jednego byłam w tym momencie pewna. Musze odejść, chronić siebie i moje dzieci.... przed ich własnym ojcem....
Tylko dokąd pójdę ? 
Ucieknę do siostry ?
Wszystko jej opowiem ? 
Co mam robić 
 W biegu wpadłam na Lucy.
- oh, przepraszam cię najmocniej - wydukałam w pośpiechu
-nic się nie stało- ominęłam ją i poszłam się pakować.

Już jesteś ? - spytał zdziwiony chłopiec, który nie zdążył nawet skończyć śniadania.
- Oli wyjeżdżamy do babci - podjęłam decyzje że pojedziemy do mamy, odstawiłam jego talerz i zaczęłam w pośpiechu go ubierać.
- Mamo dlaczego ? - był bardzo zaskoczony
- bo tak czasem trzeba
- a tata ? - czy musiał o to zapytać ?
- tata ma dużo pracy, tylko byśmy mu przeszkadzali. - przebukowałam bilety na najbliższy lot. Teraz musiałam z prędkością  światła dostać się na lotnisko .

* U Billa *

Czuł się lepie, jak zwykle poszedł na plan i bezbłędnie odegrał swoją role, teledysk będzie zajebisty. Nie dał by rady bez narkotyków. Co prawda jego żona się denerwowała, ale co z tego.
Przejdzie jej. Dlaczego ona nie może zrozumieć że on chce ćpać, przecież robił to dla niej i dla dzieci. Uśmiechnął się...czuł się lepiej...lepiej....

* U Lii *
- Amalia ! Co ty tutaj robisz kochanie ? - mama ucałował mnie w oba policzki - cześć Olivier - ucałowała wnuka.
- Mamo ! Mamo ! - mój synek zaczął podskakiwać w miejscu jak mała żabka, tak strasznie go kochała, był taki radosny nawet wtedy kiedy ja nie mogłam się śmiać.
- Tak kochanie ? 
- Kot ! - wskazywał paluszkiem na puchate zwierze 
- to leć się pobawić - mam pchnęła go w stronę kanapy
- Mamo - przeraziłam się, a co jak go podrapie ? 
- spokojnie, nie puściłabym go gdyby Tim miał zrobić mu krzywdę....- uśmiechnęła się, skoro kotek był łagodny to zaczęłam obawiać się czy to mały nie zrobi mu krzywdy...
- coś się stało ? - spytała mama gdy siedziałyśmy popijając herbatę.- może chcesz ciastko ?
- chętnie - popijając o wszystkim jej opowiedziałam - co mam zrobić ?
- Kochanie, jeśli Bill cie kocha, a podejrzewam, że mimo wszystko tak jest to powinien przestać. Dałaś mu szanse, ale zmarnował ją, może po prostu nie chce, tak mu dobrze.
- ale ja go kocham !- wszystkie emocje wzięły górę i wybuchły...rozpłakałam się.
Mama wzięła mnie w ramiona i uspokajała.
- Amalio toć nie mówie zaraz o rozwodzie.
- więc co proponujesz ? - coś trzeba było zrobić.
- Może odseparujcie się na jakiś czas. Masz dziecko w drodze, nie możesz o tym zapomnieć.
- Możemy tu zostać ? 
- jasne, pomożemy ci z ojcem przy maleństwu gdy się urodzi. Mamy całkiem przystojnego sąsiada - puściła do mnie oczko.
- Mamo ! Nie chce nikogo poznawać. Kocham Billa i wrócę do niego
- dobrze, dobrze - uśmiechnęła się - ale taki ojciec to nie ojciec.
- damy sobie czas i wszystko się ułoży - zapewniłam ją, chociaż tak naprawdę sama nie wiedziałam czy to wszystko da radę trwać. Jest teraz tysiące kilometrów i właśnie teraz wraca z pracy.

* U Billa *

Jak zwykle wrócił z planu i usiadł na sofie. Zamknął oczy ... chwila ..coś było nie tak...tylko co ....

Było cicho...za cicho.

Brakowało tej radosnej krzątaniny Amalii i krzyków Olivierka.
Rozejrzał się było pusto...za pusto, poczuł się cholernie samotny.
Zszedł do recepcji spytać o jego kobietę, okazało się, że uciekła  rano. Nie wiedział czemu ...wrócił wściekły do apartamentu. O co jej wiecznie chodzi . 
Chodził wściekły po pokoju, gdy nagle poczuł, że coś rozdeptał...strzykawkę ...
Nagle wszystko wróciło, przypomniał sobie...
Pamiętał ! 
Naćpał się jak świnia !
Pamiętał jak krzyczał...
Pamiętał jak stała w drzwiach przestraszona 
Jak  uciekała...
Popieprzony egoista...
Idiota...

Złapał za iphona, odebrała po 1 sygnale.
- Bill na razie do mnie nie dzwoń, musimy dać sobie czas, nie wiem co będzie dalej czas pokaże. Na razie nie mogę... nie chce z tobą być - mówiła łamiącym się głosem, wiedział że płakała, zabolało....
- Lia, ja przepraszam, nie do końca byłem sobą...
- Bill, to nie ma znaczenia. Dajmy sobie czas, proszę... - rozłączyła się...

Został sam i nareszcie to do niego dotarło.
Wiecie jak to jest kiedy opuszcza rodzina i nie ma nikogo, kto byłby przy tobie, kto pokazywałby ci lepszy świat, kto by cię kochał równie mocno... ? 
On się właśnie dowiedział i wierzcie mi lub nie... To nie jest miłe uczucie... 
Połóżcie się gołym ciałem na rozjarzonych węglach.... obetnijcie sobie jakąś część ciała.... Wpadnijcie pod samochód.....pociąg...Boli prawda ? 
On właśnie tak się czuł.... Czuł, że obumiera w środku .... 
Usiadł na łóżku, złapał strzykawkę i odmierzył więcej niż zwykle...alternatywą było nieobudzenie się więcej, ale to było by chociaż mniej bolesne...

Znowu łamał dane słowo, miał przeczucie że z Lia stanie się coś bardzo złego... bardzo złego..., ale teraz nie mógł już nic zrobić....stracił przytomność... i umysł.... ale przeczucie go nie myliło.... Niedługo miała wydarzyć się tragedia... 










niedziela, 6 marca 2016

49. I promise you













- Lia, słonko - Bill po raz kolejny próbuje ze mną porozmawiać
Od 2 godzin jedziemy tourbusem, a ja bezskutecznie zastanawiam się czy to wszystko ma jakikolwiek sens, a Bill natomiast próbuje do mnie dotrzeć.- Obiecuje że już nigdy, obiecuje ! Prawda jest taka, że nie powiedziałem ci bo...
- Bo co ? Bo kazałabym ci przestać ?!! Obrzydliwie mnie okłamałeś Bill.... Nadal masz kontakt z Nanami ?
- tak - przyznał się
- to ona to załatwia ?
- tak, Lia ja nie wiem co mam zrobić - był zdesperowany.
-idź na odwyk, to jedyne wyjście z tej ohydnej sytuacji bo ja nie potrafię ci pomóc.
- ale....
- tak wiem media bla...bla...bla. To po prostu przestań !
- nie mogę 
- zerwij kontakt z Nanami ! - byłam wściekle o nią zazdrosna.
- to nie takie proste ...
- a co sypiacie ze sobą ! - zezłościłam sie i wybuchłam płaczem
- oczywiście, że nie !
- skąd mam wiedzieć, może kolejny raz mnie okłamujesz !
- nie sypiam z nią, łączą mnie z nią tylko prochy.
- nie wiem jak ci pomóc- spuściłam głowę, chciałam schować ją między kolana jak zawsze w takiej sytuacji, tego nauczyli mnie w psychiatryku, ale mój monstualny brzuch mi przeszkadzał xD
- misiu ... - próbował mnie przytulić, ale po raz kolejny go odtrąciłam.
- nie chce żyć z ćpunem i narażać dzieci 
- nie umiem przestać, nie potrafię, zrozum !
- Bill... teraz  mówię zupełnie poważnie, jeśli nie przestaniesz ćpać...odejdę - zapadła cisza- przemyśl to sobie, a teraz chce pobyć sama, daj mi trochę czasu.
- ale ja nie chce cię stracić - głos mu się łamał.
- trzeba było pomyśleć zanim mnie okłamałeś
- co mam zrobić, próbowałem rzucić, ale to zawsze wraca.
- i cie zabija Bill... rozumiesz? To cie zabije, będzie zabijało powoli w zależności od tego ile weźmiesz, ale wiesz co zabije najpierw ? ... Nas, naszą miłość...uczucie i więź, którą budowaliśmy przez te cholerne 10 lat.
- nie dopuszczę do tego, nie ma mowy - wyszedł zostawiając mnie samą.

*
- wysiadamy ! - usłyszałam głos Toma- koniec jazdy ! Zwijamy się do hotelu- wstałam i wyprowadziłam synka za ręke z autokaru. Billa nigdzie nie było. Pewnie już poszedł do apartamentu.
- dzień dobry - powitała mnie recepcjonistka - nazwisko ?
- Kaulitz 
- ostatnie piętro, pokój 483 - podała mi kartę, którą spakowałam do torebki
- przepraszam, a czy macie jakies wolne pokoje ? - nie wiem co mnie napadło. Może po prostu chciałam mu pokazać że nie rzucam słów na wiatr. 
- tak, dwuosobowe ?
-tak
- apartament ?
- tak - lubie luksus, a skoro i tak Jost płaci ... xD
- przedostanie piętro, pokój 383 - podała mi kartę do otwierania drzwi.
- dzięki bardzo - poszliśmy z Olim do naszego pokoju, a to się Bill zdziwi.
- mamo a gdzie tata ? - spytał chłopiec siadając przed telewizorem.
- w innym pokoju
- dlaczego ?
- bo tak, co oglądasz ? - szybko zmieniłam temat

*
Bill dzwonił do mnie chyba z tysiąc razy, nie odbierałam. 
Wieczorem Oli zasnął a ja wyszłam na taras.
Powiało wieczorną bryzą, idealna atmosfera
- dlaczego nie odbierasz ? - usłyszała nad głową. Podniosłam wzrok, stał piętro wyżej na przeciwległym balkonie i popijał szkocką. Czemu nie odbieram ? Mógł zadać tyle pytań, czemu akurat to ?
- bo mam taki kaprys - burknęłam - zastanawiałam się nad pewnymi kwestiami - choć tak naprawde to było spontaniczne i wymyślone teraz, ale nie musiał tego wiedzieć.
- tak ? Choć do mnie
- nie, myślałam nad rozwodem.... - zapadła cisza.
Widziałam go już zdenerwowanego, wkurzonego, złego ale nigdy nie takiego jak teraz.... oczy mu płoneły. W jednym momencie zgniótł szklankę w ręce i się pokrwawił po czym zniknął w swoim apartamencie. Ja poszłam do siebie, byłam w szoku, ale wciąż musiałam podtrzymywać mojego focha . Kładąc się do łóżka zastanawiałam się po co to wogóle powiedziałam, przecież tak naprawdę tego nie chce bo go kocham.  Rozpłakałam się kolejny raz z bezsilności. Dlaczego życie musi być tak podłe ? 

Nie wytrzymałam, zajrzałam do Oliego, spał więc wyszłam z apartamentu i ruszyłam na piętro wyżej.

Otworzyłam drzwi kartą z recepcji. W pokoju było cicho i panował półmrok. Bill siedział na sofie tyłem do mnie i patrzył w sufit. Nie widział mnie  Już chciałam do niego podejść gdy ujrzałam cos w jego dłoni...strzykawka ... jeszcze pełna. Zamierzał opróżnić jej zawartość prosto do obiegu krwi.
- nie rób tego - szepnęłam i momentalnie sie odwrócił upuszczając przedmiot.
- co ty tu robisz ?
- sprawdzam czy nic ci nie jest, co z ręką ?
- wszystko ok, idź sobie - ten chłód poczułam na serduszku.
Kazał mi sobie iść, ale nie mogłam tego zrobić. Przecież musiał mu pomóc.
- Bill, nie rób tego proszę - złapałam go za przedramię kiedy podniósł strzykawkę. Jego prawa dłon była we krwi, chciałam obejrzeć ranę i delikatnie dotknęłam jego ręki i właśnie wtedy tak strasznie mocno mnie odepchnął
- zostaw mnie, to nie twój problem, przecież bierzemy rozwód ! 
- nie możesz...nie możesz tego robić...- prosiłam. Ponownie złapałam go za przedramię.
- No zostaw mnie !- wręcz brutalnie rzucił mnie na fotel, poleciałam razem z fotelem na podłogę.... Nic mi się nie stało, tylko się przestraszyłam...dlaczego ? 
- Lia - usłyszałam jego rozpaczliwy krzyk - nic ci nie jest, muszę wziąć bo widzisz że inaczej nie funkcjonuję - z trudem sie podniosłam i podeszłam do niego, w oczach miał łzy.
- Billciu, wcale nie musisz. Kochanie, spróbuje ci pomóc tylko proszę już nigdy więcej nie okrywaj nic przedemną, choć umyjemy to - wskazałam na jego dłoń.
- Lia, mi się nie da pomóc - jęknął gdy przemywałam mu ranę, nie była duża, wystarczył tylko plaster. Usiadł na sofie - to nałóg Lia ja jestem uzależniony..chory.
- ciii - przyłożyłam mu palec do ust - Pozwól, że ja to ocenie. - delikatnie pocałowałam jego rozgrzane gorączką głodu narkotykowego usta - kochaj się ze mną Bill - pchnęłam go delikatnie w stronę łóżka na którym po chwili się znaleźliśmy. 
- Obiecuje - szepną gdzieś w moje ciało 
- co ? - nie ogarnęłam o co mu chodzi
- nie wezmę już więcej.. tylko daj mi szanse....
Dlaczego nie ....
Ostatnia szansa, a jeżeli się nie uda...odejdę....






piątek, 4 marca 2016

48. Prawda jest owocem, który należy zerwać dopiero gdy dojrzeje.



I don't know why I trusted you but I knew that I could...
- nie wiem dlaczego ci zaufałam, ale wiem że mogłam...-





- Nareszcie w domu - rzuciłam sie na kanapę w salonie. Kilka dni po wizycie Alice wróciło mi czucie w nogach, oczywiście musiałam się zgodzić pod przymusem na 2-miesięczną rehabilitację, żeby móc normalnie funkcjonować i dopiero teraz wróciłam do domu.
- Dawno cię nie było, stęskniliśmy się z tatą - podszedł do mnie mój syneczek i słodko się przytulił.  
Objęłam go - zrobisz mi coś do jedzenia ? - pyta niewinnie ( no tak mój synek bezinteresowny to nie jest, no ale w końcu nie może być idealny, bo w końcu musiał odziedziczyć coś po tatusiu xD ). Nie potrafię  mu odmówić, nigdy nie potrafiłam.
- Na co masz słonko ochotę ? - pytam z trudem podnosząc się z kanapy.
- chce lasagne
- synek, nie męcz mamy, zrób mu kanapkę, wystarczy - do kuchni zaraz za mną wchodzi Bill.
- Oj, zrobię mu jeść zresztą sama mam na coś ochotę - obejmuje go w pasie i kładę głowę na jego piersi.
- kochanie - zaczyna i się zacina jakby bał się dokończyć.
- tak ? - ponaglam go
- jutro muszę lecieć do Kanady, nagrywamy nowy teledysk
- Na długo ? - pytam choć znam już odpowiedz, albo przynajmniej się domyślam
- Ehh, odwlekałam to w czasie, żeby być przy tobie w szpitalu i ...
- ile ? - pytam wchodząc mu w zdanie
- 2 miesiące
- ehh - wzdycham i zabieram się za szykowanie posiłku.
- kochanie, też chciałbym być tu z wami, ale to nie takie proste.
- a czy ja coś mówię? 
-nie, o dziwo nic nie mówisz
- byłeś w szpitalu praktycznie 24 na dobę, należy ci się trochę odpoczynku
- nie chce od ciebie odpoczywać, gdyby to był odpoczynek to zabrałbym cię ze sobą... chwila ..- zamyślił się - tak właśnie zrobię
- co ?
- pojedziemy wszyscy razem do Kanady
- ale jak, tak po prostu wsiądziemy w samolot i miodzio ?? - nie byłam przekonana
- skarbie, w Toronto mam wynajęty apartament tylko zamienię go na większy i dokupię 2 dodatkowe bilety na samolot i lecim ! ( na Szczecin xD ) Pakuj się kochanie
- jedziemy na wakacje ? - do kuchni wbiegł rozbrykany Oli
- chyba tak - podsumowałam bo doskonale wiem, że jak Bill się uprze to nie ba przeproś.


*

To już chyba wszystko - stwierdziłam dopinając walizkę.
- świetnie - Bill wrócił do sypialni i pomógł mi ją podnieść - Alice też z nami jedzie i Lucky i nawet Mija. Postanowiliśmy potraktować to jako urlop. Odpoczniemy w jakimś drogim i luksusowym apartamencie.

- co z dzieckiem ? - spytałam
- co masz na myśli ?
- Bill, to 2 miesiące, co jeżeli dziecko urodzi się w trasie ?- nadal byłam mało przekonana do tego pomysłu.
- to będzie można na stare lata powspominać.
- zabawne - ofuknęłam go
- skarbie, jakie jest prawdopodobieństwo że zaczniesz rodzić akurat wtedy, z resztą Alice też przecież jest w ciąży i nie martwi się tak no. Spokojnie będzie dobrze. Dobrze ci zrobi, odpoczniesz od prania, gotowania i zajmowania się wrzeszczącym bachorem
- no dobrze - nadal nie do końca byłam na to nastawiona, ale postanowiłam mu zaufać, jest dorosłym mężczyzną, komu jak komu, ale jemu można było ufać ( tak wtedy myślałam, ale jakże się myliłam ! ). Złapałam za telefon.



                                                                          A: No cześć sis, jak tam , spakowana ? - zaczęłam, gdy Alice odebrała po pierwszym sygnale 
                                                                         A: Hej Lia, tak właśnie Tom zamawia taxi, podjedziemy niedługo po was
                             A: wszystko w porządku ?
                                                A: tak, ale trochę boje się tego wyjazdu
                                                                           A: ja tak samo, boje się o dziecko, nawet chciałam zostać
                A: ej, będzie fajnie
                                  A: no ba, bo my tam będziemy
                                         A: ok, Tom już jest. Do zobaczenia
A: Pa 


- Bill ! - zawołałam go,żeby kazać mu się szykować i usłyszałam huk. O Matko !
Wybiegłam z pokoju. Bill leżał na podłodze a obok niego przewrócony taboret.
- ale mnie wystraszyłaś (xDD)
-czego tam szukałeś ? - spojrzałam na szafę
- niczego - powiedział szybko, za szybko
- no przecież nie ścierałeś kurzu - dziwne. Wzięłam taboret i postanowiłam sama sprawdzić. Wspięłam się na szafę, pomacałam ręką i natrafiłam na...
Woreczek z białym proszkiem !
Zatkało mnie, zamarłam.
Westchnął i usiadł na dywanie.
- Tak, wiem , miałem z tym skończyć - powiedział cicho
- Bill, jeszcze ci mało ? !!! - zdenerwowałam się
- Kochanie, ja...
- Bill, myślałam, że przestałeś. Obiecałeś mi ! - w oczach pojawiły mi się łzy. Czułam się cholernie bezradna i jakby nie patrzeć oszukana. - zaufałam ci ...
- Lia, skarbie...
- skończ ! - usłyszeliśmy trąbienie. No super, wzięłam Oliego za rączkę i ruszyliśmy ku drzwiom, Bill z walizami podążył za nami. Nawet się na niego nie spojrzałam. Cholernie zła wsiadłam do taxi, co nie uszło uwagi mojej siostry. Alice spojrzała na mnie pytająco, wzrokiem przekazałam jej, że porozmawiamy później ( magia telepatii bliźniąt xD )
Teraz nie miałam ochoty z nikim rozmawiać. Taksówka byłam dużym vanem, więc bez problemu pomieściliśmy się my i nasze walizki.
Olivier usiadł na środkowych siedzeniach z Ali bo miała cukierki, mały obżartuch xD
Ja usiadłam sama na końcu. Po niedługim czasie dosiadł się do mnie Bill. Odwróciłam głoę, nie miałam ochoty na niego nawet patrzeć, więc z przesadnym zaciekawieniem oglądałam widoki za oknem.






*
Poczułam delikatny dotyk zimnej dłoni Billa na mojej, ale odtrąciłam go i po policzku spłyneła mi łza, 
Czułam się cholernie dotknięta, przecież gdyby mi powiedział to bym mu pomogła, jak zawsze, ale ten egoista wolał nic nie mówić i spokojnie sobie ćpać.
Może podobało mu się... Może nie chciał mieć normalnej rodziny... Może nie było nam pisane żyć długo i szczęśliwie.
- Lia, ty płaczesz ? - usłyszałam zatroskany głos siostry - nie mów, że znowu wpadasz w depresję. Lia, odezwij się - pomachała mi dłonią przed oczyma.
 Rozejrzałam się. Nikogo nie było oprócz nas.
- Gdzie wszyscy ? -spytałam
- załatwiają coś z Jostem- zaraz przesiądziemy się do tourbusa
- nie mieliśmy przypadkiem lecieć samolotem ?
- nie wiem, mniejsza, jedziemy tourbusem.
- ok
- co jest ?
Nie było sensu tego przed nią ukrywać..
-Bill mnie okłamał Ali, perfidnie i świadomie okłamał !
- w jakiej kwestii..?
- obiecał że przestanie...nigdy nie przestał, wciąż to robi !
- ale co ?
-... ćpa ..





wtorek, 23 lutego 2016

49. Komm und rette mich

- Wszystko już ok ? - pyta Bill widząc mój uśmiech

Kiwam głową na potwierdzenie jego słów. Jestem szczęśliwa, bo czuję na moim ciele ciepło i miękkość kołdry, którą jetem przykryta.  C Z U J Ę ! 
Kilka dni temu bałam się, że będę kaleką. Dzisiaj do mojego mrocznego świata zawitała nadzieją... nadzieja na lepsze jutro.. Wczoraj byłam również zbadana przez lekarza, który potwierdził tylko moją teze. Niedługo odzyskam czucie w nogach, obejdzie się bez rehabilitacji, bo to tylko stan mojego umysłu, zakodowałam sobie psychicznie, że będę kaleką, przyda się tylko dobry psycholog i wychodzimy na prostą. 
Nareszcie. Wszystko powoli będzie się układać i wracać do normy.

- Wysyłanie cię tam samej było najgorszym pomysłem jaki mógł mi przyjść do głowy - Bill wciąż ma wyrzuty sumienia.
- Przecież to nie twoja wina - próbuje wybić mu to z głowy
- co to za różnica - złości sia jeszcze bardziej- byłem tam, mogłem coś zrobić, cokolwiek... patrzyłem jak wpadasz pod tego cholernego tira ! 
- Tak, mogłeś coś zrobić.. i narazić się na cholerne niebezpieczeństwo - dodałam z ironią
- nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym leżeć tu zamiast ciebie.
- nawet tak nie mów!
- kochanie, tyle bólu... nawet nie mogą dać ci normalnej dawki morfiny, bo zaszkodzi to małej - załam się i przytulił do mojego brzucha. To prawda, bolało, ale wolałam mu tego nie mówić, dam sobie radę, kto wie co by zrobił gdyby się dowiedział że ledwo wytrzymuje ból. A może on wie ?
Był wykończony.. wyglądał strasznie. 
Nie mam pojęcia ile tu leżę ( nie chce tego wiedzieć xD ), ale on od wypadku pewnie nie zmrużył oka
- Bill, idź do domu, odpocznij
- nie - krótka odpowiedź, uparciuch - zostaje z tobą
- Olivier cie napewno bardzo potrzebuje - wyłożyłam ogromny argument, wzruszył ramionami.
- był tu niedawno, ale nie byłaś świadoma.
- jak on to przeżył ? - moje maleństwo
- martwi się, jak wszyscy
- powinieneś z nim być
- nie, powinienem być z tobą i koniec tematu.
- jedź, ja z nią posiedzę - do pokoju weszła ..Alice ! - cześć siostra, jak się czujesz - podeszła i mnie przytuliła, jej płomienne włosy opadają mi na twarz i mieszają się z moimi..identycznymi.
- część Alice, jak miło cie widzieć, Bill sis się mną zajmię, możesz jechać do domu.
- ok, wezmę prysznic, wyśpie się i wracam szybciutko. Alice opiekuj się nią, proszę.
- ok, zajmę, obiecuję. To moja siostra, nie stanie jej się żadna krzywda.
- pozdrów Olivierka - dopowiadam, kiedy Bill całuje mnie i cicho wymyka się na korytarz.

*
Alice gramoli się na łóżko i kładzie obok mnie. Nasze włosy znów łączą się ze sobą, łapie mnie za rękę i w tym momencie przypominam sobie czasy dzieciństwa, kiedy to leżałyśmy razem w łóżeczku ułożone do snu. Czułam ciepło jej ciała i słyszałam bicie serduszka, które biło równo z moim. Wiem, że ona też teraz o tym myśli.
Mimo, że żadko się widujemy to nie wyobrażam sobie życia bez niej. Była ze mną od poczęcia, od samego początku była nierozerwalną częścią mnie. Bez niej bym nie istniała. Jej ból był moim bólem. Nagle coś sobie uświadamiam. Dociera do mnie przez co musiała przejść, gdy wszyscy myśleli, że to już koniec. Ona cierpiała bólem jakim cierpieć mogą tylko rozdzielane bliźnięta.

- przy okazji, miałam ci cos przekazać - wyciąga liścik - Kilka słów od Mika- podaje mi karteluszek, siedzi jeszcze chwilę a potem wstaje, podchodzi do okna i daje mi czas na przeczytanie listu.



Droga Amalio

Nie mogę patrzeć jak cierpisz, bo jesteś dla mnie najważniejsza. Zawsze byłaś. Ledwo przeżyłem ten czas, gdy odeszłaś, a jedyne co mogę zrobić by przetrwać tę rozłąkę to zniknąć z twojego świata zupełnie. Nie byłabyś szczęśliwa tutaj ze mną, ja nie byłbym szczęśliwy tam . Jesteśmy z podzielonego świata. Nawet nie proszę, abyś mi wybaczyła. Tego co zrobiłem nie da się wybaczyć, to można tylko zapomnieć...

Mike



Kochany, robi mi się smutno, tak wiele chciałabym mu jeszcze powiedzieć, ale wiem że nie będzie już ku temu okazji. To on na nowo nauczył mnie żyć, pomógł mi we wszystkim, więc dlaczemu odchodzi ? " Może dlatego, że jesteś taką egoistką, ranisz go, za każdym razem, cierpi ! " - moja podświadomość znowu ma rację.

- wszystko ok ? - Alice bierze ode mnie kartkę i znów siada obok.
- Może to i lepiej, że odejdzie - wzdycham
- nie potrzebnie tam wracałaś
- tęsknie za nim
- wiem Lia, no koniec smutów. Idz spać moja droga, niedługo powinien wrócić twój książe, który mnie zamorduję jak okaże się że przy mnie się tak wymęczyłaś - uśmiecha się.
- no dobrze, już dobrze - zamykam oczy ...


piątek, 23 października 2015

48. Pobótka


Boimy się kochać,
Boimy się momentu,
gdy zacznie nam zależeć,
gdy jedno słowo,
jeden moment,
jeden gest,
będzie mógł nas zniszczyć...







Mam na imię Amalia ...A - ma - lia.
Zginełam w wypadku ....
Żyje...

Słyszę tylko głosy, poza tym jestem w pustce, nie widzę nic, nie czuje nic.
Dokarmiają mnie przez rurkę.... żyję...jak roślina...

-Lia, proszę cię, błagam otwórz oczy - ten aksamitny głos od dłuższego czasu mnie woła i błaga, błaga bym wróciła...a ja znam ten głos. *powiew wiatru, trzask drzwi *
- Cześć piękna - do sali ktoś wszedł...
Słysząc ten głos momentalnie widzę szpital psychiatryczny... NIE CHCE !!!

*pikanie*
Maszyna nad moim uchem przyśpiesza...a właściciel głosu zostaje wyproszony z sali.
- Kochanie to Mike, spokojnie to twój przyjaciel - mówi jak do psychopatki uspokajającym głosem..czyli jednak tam wracam...do pokoju bez klamek Wszystko tylko nie to !
Pikanie jest donośniejsze...
- Amalio...słyszysz mnie ? - jego głoż uparcie próbuje wkraść się do mojej podświadomości....- Lia..potrzebuje cię..wróć

Uświadamiam sobie że ten głos wcale nie chce mnie skrzywdzić, jak myślałam na początku...a może jednak !
Powoli z wielkim trudem otwieram oczy. Najpierw poraża mnie mocne, jasne światło... Psychiatryk !!!
Potem tonę w czekoladowych tęńczówkach ...
- Lia, nie bój się..- Bill siedzi na przeciw mnie i trzyma mnie za rękę...nie czuje jego dotyku....- Poznajesz mnie ? - pyta z bólem w głosie.
Mrógnięciem przekazuje mu że tak, uśmiecha się - czujesz mnie ? - nie odpowiadam, bo o raz kolejny tego dnia coś do mnie dociera...będę kaleką ?
Z oczu zaczynają mi sączyć się łzy ...Bill od razu je ociera - spokojnie, lekarze powiedzieli że na początku tak będzie - stara się mnie uspokoić - wiesz jakiego mamy farta - nagle zmienia temat - chyba Bóg nad nami czuwał, o ile istnieje - gada jakieś pierdoły ..zastanawiam się o co mu chodzi, puszczam mu pytające spojrzenie - Dziecko, nic poważnego mu się nie stało... - i znów coś do mnie dociera...moja mała córeczka ... gwałtownie zjeżdżam wzrokiem na brzuch... jest na swoim miejscu... ale Bill powiedział "poważnego " znów pytające spojrzenie ...bierze głęboki wdech...
- lekarze powiedzieli że dopóki będziesz żyła ..jej serduszko nie przestanie bić...- coś przede mną zataił, ale nie pytam...najważniejsze że mała żyje..
- a teraz śpij kochanie... zapada ciemność...

piątek, 16 października 2015

Prolog !

Pustka... to tyle co widzę, wiem i czuję. Jestem jakby zatrzymana gdzieś w czasie, który płynie nieubłagalnie..Tik- Tak...Tik-Tak.
Tak właśnie wygląda piekło ? Bo do nieba raczej nie dotarłam.
Tacy jak ja nie idą do nieba. Nieba jest dla aniołów... a piekło ? Dla demonów ? Czy tym właśnie się stałam ? Istotą ...rodem z koszmarów ?
Czy może jednak jakimś cudem jeszcze żyje ? Tylko co to za życie...samemu ..w ciemności ..brakuje tu wszystkiego co do tej pory znałam, miałam i kochałam ... życie bez wartości jakimi są ciepły dom ...rodzina i miłość.. jest tylko mozolną wędrówką do śmierci. Może właśnie dlatego tutaj jestem ... w przedsionku piekła... Może trzeba coś zmienić.

Naraz nawiedzają mnie krótkie wizje, jak kilkusekundowe filmiki.         ^^ trzask tłuczonego szkła... kroki...a potem kap..kap..krople wody ? Nie, krwi...na obrączce ..na symbolu miłości, która miała być wieczna ... ^^       czy piekło to kara za to że ją przerwałam ? ... Dlaczego wszystko odeszło ?
Mimo że jestem zawieszona między życiem a śmiercią mój umysł pracuje... jakbym była jakimś robotem ..maszyną który żyje bez tlenu...zaprogramowaną pusta lalką z której życie uleciało jak dym z elektryka... . Pora odejśc .. nie ciągnąć tego dłużej..zniknąć.

Jak na komendę pojawia się obraz dwóch dróg. Jednej tak dobrze mi znanej i innej...szarej i jeszcze nie poznanej.
Co teraz ? Obie są zamknięte, jakby nieprzeznaczone dla mnie.      ^^Nadeszła pora by otworzyć jedną z nich... pora by się obudzić ^^
# Myśle o Billu, o Olivierze... o mojej małej nienarodzonej córeczce#
Czuje że tutaj moje myśli mają wielką moc, po chwili szarpie mną jakaś dzika nieznanego pochodzenia siła...                               ^^ wchodzę w ciemny, zimny wir...czuje wolność .... Unoszę sie w powietrzu, ponad dachami ... ponad moim domem, który okryty jest szarą powłoką niewiadomej, ponad życiem...i nagle wszystko znika ... film się urywa... ^^

Udało mi się ?

Wolność to wielkie brzemie, niezwykłe
i trudne do zrozumienia dla ducha.
Nie jest łatwa
Nie jest darem otrzymanym,
lecz dokonanym wyborem- " I ten wybór wcale nie jest prosty" -

niedziela, 13 września 2015

47. Epilog

Leże... mam powieki szczelnie zamknięte. Nad głową słyszę pipczenie. ...Krople wody,,, i bicie serca... czyjego ?.
Próbuje się poruszyć... i uświadamiam sobie że moje nogi gdzieś zniknęły ... Nie czuje nóg ...ani rąk..
NIC
Czy mogę otworzyć oczy ? Boje się, a co jeżeli obudzę się pod kołami tego cholernego auta ?
Jestem sama.
Nic mnie nie boli.
Dziwne uczucie.. wyrwana ze świadomości .... całkiem ... pustka ..!

- Lia .. - słyszę jego szczęsliwy głos, a więc jednak tu jest.... nie jestem sama - Boże ! Lia...
- Tak, prawdopodobnie się budzi .. - słysze inny głos.... - wszystko jest w normie.... powinna niedługo otworzyć oczy.
- będzie żyła ? - słysze kolejny głos, jakby mój... tak bardzo podobny.....o takiej samej barwie.
- będzie... zostawimy was - zgrzyt drzwi i podmuch zimnego powietrza...
- Budzimy się kochanie... - znów ten piękny głos ...znam go.
Nie chce się nudzić... nie chce ... boje się... to wszystko...takie.. złe..

Miałam wypadek... Umarłam ?

Świadomość jak łatwo można umrzeć, przyprawiła mnie o dreszcze. Mimo iż otarłam się o śmierć, nadal nie mogłam się nadziwić że granica jest tak nieuchwytna....
Kruchość życia....






Koniec sezonu 3

poniedziałek, 6 lipca 2015

46. Czy to już koniec nas ?




Wenn dieser Tag der letzte ist 
Bitte sag es mir noch nicht
Wenn das ende fur uns ist
sagst nicht 
noch nicht ....






-  A kogo ty się spodziewałaś ? - usłyszałam jego melodyjny głos, od razu przypomniały mi się wszystkie spędzone z nim radosne chwilę.

* Kilka lat wcześniej *

- Mike, Mike !!! - biegłam przez korytarz do przyjaciela, tak dawno się nie widzieliśmy
- Lia - zamruczał mi we włosy, przytulając mnie mocno do siebie - tęskniłem, to był najdłuższy weekend w moim życiu.
- co dzisiaj robimy ?? - spytałam, choć tak naprawde było mi to obojętne, ważne że tu był i nie musiałam siedzieć sama.
- A na co masz ochotę, może ... Bitwa na poduszki !!!!
Wbiegł jak głupi do mojego pokoju, złapał pierwszą lepszą z brzegu poduchę i cisnął ją przez korytarz, dziwnym trafem poduszka poleciała we mnie....
- o nieeed... tak nię będzie ... rzuciłam się na niego z poduchą, aż posypały się piórka.

* teraz *
- Mike - rzucam mu się na szyje wybuchając płaczem. To on mój Mike ! - ale jak ? Byłam przecież na pogrzebie, umarłeś
Westchnął..
- Mój brat nie żyje .... - powiedział cicho - ukrywałem się przez jakiś czas, a potem wróciłem tutaj... to on  miał zginąć, nie ja, nagrabił sobie.
- więc czemu ?
- bo chciałem zniknąć - powiedział bez owijania w bawełne i poczułam ukłucie w sercu. Mimo wszystko zawsze był dla mnie ważny.
- czemu ?? - kłębiło się we mnie tyle pytań
- bo tak było nam łatwiej
- łatwiej ?
- chciałem żebyś pomyślała że nie żyje, żebyś nie czuła się mi coś wina. Zaczełaś nowe życie, a ja uczyłem się na nowo żyć bez ciebie.
- okłamywałeś mnie przez cały czas !! - wściekłam się
- a widziałaś inne wyjście ? - uderzył pięścioł w ścianę - musiałem odejść, zrozum.
Zrozumiałam, kochał mnie, a ja nie potrafiłam oddać jego uczucia, nie umiałam go pokochać i tym ciągle gi raniłam. Każdy na jego miejscu starałby się uniknąc źródła bólu.
- Przepraszam za kłopoty - powiedziałam cicho - Musiałam odwiedzić to miejsce ... i Meg .
- Umówisz się ze mną ? - spytał nagle kończąc temat
- ale ja mam męża zaprzeczyłam, Bill by tego nie pochwalił.
- i jak widze dziecko w drodze - spojrzał na mój wystający brzuch - ale nie o to chodzi, chciałem porozmawiać, tylko obiecuje... jak starzy znajomi
- aaa ok w takim razie chodźmy - powiedziałam i po chwili dodałam - to już drugie dziecko - wybałuszył gały o.o



- Co u ciebie ? - spytał gdy usiedliśmy w kawiarni
- jakoś leci, Bill w pracy, sis zajeła się moim synkiem i jestemn tu, a ty ?
- mam dziewczynę, ale to nie taka dziewczyna jaką chciałbym mieć - wyznał - nie kocham jej tak jak powinienem i tak jak ona na to zasługuje
- a ona ciebie tak ? - dociekałam
- tak - po raz kolejny dzisiejszego dnia uznał temat za zakończony - chyba ktoś cie szuka
Odwróciłam się...
- Bill... ?
- Lia... martwiłem się o... Mikę ? - zawiesił się na chwile
- o mnie ? - uśmiecjhnął się Mike -cześć Bill
Reakcja Billa... Wściekłym wzrokiem patrzył nie na Mika... tylko na mnie.
- to dlatego tak ci się śpieszyło - wysyczał wściekle i ... łzy .. płakał- ukrywaliście to przede mną ... on żyje i ma się świetnie - ryczał jak bóbr
- Bill, to nie tak - zerwałam się
- nie ważne ... nie kochasz mnie ? - to pytanie zawisło w powietrzu, zapłakany wybiegł z kawiarni w kierunku pobliskiego parku.
Wiedziałam jak się poczuł, to co widział wyglądało jednoznacznie, poczuł się oszukany i pomyślał że go zdradzam, musiałam mu to wszystko szybko wytłumaczyć.
Chciałam biec za nim, ale o dziwo Mike mnie powstrzymał
- zostań, tak krótko rozmawialiśmy
- nie mogę, przepraszam - wyrwałam mu się i pobiegłam w kierunklu, który prawdopodobnie obrał Bill.


Siedział na ławce pod wielkim klonem, całe szczęście nie uciekł daleko i płakał. Było mi straszliwie przykro, jego ból jest moim cholernym bólem... może i miałam lekkie ( no dobra ogromne ) wyrzuty sumienia, ale do cholery przecież nic nic nie zaszło, spotkałam Mika zupełnie przypadkiem. Bynajmniej tak sobie to tłumaczyłam.

Lia, ty nie wierzysz w przypadki ... 

- Bill - usiadłam obok i mocno go przytuliłam - wtulił się ufnie jak mały chłopiec.
- dlaczego mnie okłamałaś ? - wyjąkał - on żył
- tak, ale ja tak samo jak ty myślałam że odszedł na zawsze.
- to dlatego tu przyjechałaś ? - on nadal swoje
- nie, przyjechałam do Meg, przysięgam, proszę nie płacz już. Jeżeli chcesz możemy jechać już do domu - w tamtej chwili, gdy patrzyłam w jego załzawione czekoladowe teńczówki, w których zawsze znajdywałam spokój i energie do dalszego życia byłam gotowa zrobić dla niego wszystko - to tylko kolega, przysięgam - nie miałam już pojęcia jak dalej mu tłumaczyć, bo ciąghle czepiał się kurczowo tego co widział.
- zawsze był dla ciebie ważny. Od początku !!
- ale kocham tylko ciebie - zapewniłam - cieszyłam się na jego widok - posmutniałam, bo naprawde tak było, dlaczego Bill tak wszystko wziął do siebie ? - kiedyś bardzio mi pomagał - i czułam się mu cos winna, ale tego już nie powiedziała, wolałam nie wspominać.
- wiem, bardzo cię przepraszam - otarł łzy - poprostu...
- zazdrość ? - spytałam zadziornie
- no może troszkę - objąl mnie i pocałował - jak się czuje mój dzisdziuś ? - pogłaskał mnie po brzuchu
- jest mu zimno, choćmy do hotelu.
- dobrze - zdjąl bluzę i zarzucił mi ją na ramiona.
Właśnie wchodziliśmy na przejście dla pieszych, gdy usłyszałam krzyk Billa... ból i pyk ciemnośc, jakby ktoś nagle zgasił swiatło, ale ten ból.. był nie do opisania..co się stało ? ... chwila .. jego głos. Nadal słyszę jego głos....
- tak strasznie mi przykro, Jezu - słysze inny głos, pełen przerażenia - nie mogłem, jechałem za szybko, przepraszam
Czyżbym wpadła pod samochód ... o Matko ... przeraziłam się gdy dotarło do mnie że to nie film, ani żaden koszmar z którego można się zbudzić...właśnie patrze śmierci prosto w twarz.
- Lia ... słyszysz mnie - głos Billa mnie uspokajał... bicie jego serca... jego głośny oddech.
Zobaczyłam jego twarz ... Nie prawdziwą ... to była marzenia ?
Piotem Olivier... Alice... Tom...i koniec...

* U Billa *
Z wielkim przerażniem patrzył jak funkcjonariusze pogotowia zabierają gdzieś Lie... powoli tracił świadomość... widział przebłyski tego co się działo... uśmiech na jej twarzy .. ich pocałunek ... potem auto ... i ... ona nie może odejść... on sobie nie poradzi ... przecież... musi coś zrobić...tyle że już nie ma co...
czy to już koniec ?

- Nieeeeeeee - krzyknął w ciemność nocy ....i pobiegł ..w nieznanym sobie kierunku...


Nagle zdajesz sobie sprawę, że to już koniec.
Nie ma drogi powrotnej, jest ci żal
Próbujesz sobie przypomnieć kiedy wszystko się zaczeło, a zaczeło się wcześniej niż ci się wydaje
O wiele wcześniej ...
Wtedy zaczynasz rozumieć, że nic nie dzieje się dwa razy.
Już nigdy nie poczujesz się tak samo.
Nigdy nie wzniesiesz się 3 m nad niebo 

~ 3m nad niebem ~