Great Day

Great Day

sobota, 18 października 2014

1. Pierwsze widzenie

                                                                                    *
     Wstaje wcześnie rano, jeszcze przed budzikiem, z nerwów nie mógł spać całą noc. Wczoraj dzwoniła do niego mama Amalii i powiedziała że może się z nią spotkać, może zobaczyć, dotknąć. Tęsknił, tak cholernie tęsknił, nie widział jej od 2 lat. 
Coś go kuje w sercu. Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby wtedy nie rzucił muzyki i nie wyjechał do Stanów robić kariery wojskowej to wszystko by się inaczej potoczyło. Nie chciał z nią wtedy zrywać i nie zrobił tego, kochał ją, ale ona zwątpiła i wszystko zeszło na gorszy tor. Gdyby tylko  uwierzyła, gdyby nie zwątpiła... ALBO GDYBYŚ NIE WYJECHAŁ.
Bał się dzisiejszego dnia. Chciał ją zobaczyć, ale nie miał pojęcia jak zareaguje na jego osobę, w końcu tyle wycierpiała, tyle przepłakała, tyle się wydarzyło. Wiedział, że wciąż o nim myśli - tyle powiedziała mu jej mama, ale czy to są dobre myśli czy złe ? O tym będzie musiał przekonać się sam. Gdyby mógł cofnąć czas to całkiem inaczej by postąpił... 
Otwiera szafę, w  co powinien się ubrać - przerzuca sterty ciuchów i wieszaków. Nic nie może znaleźć, bo co będzie odpowiednie na spotkanie się ze swoją dziewczyną-niedziewczyą w zakładzie psychiatrycznym,  ale nie ma już czasu ani ochoty na zakupy. W końcu kapituluje i wybiera cokolwiek, to nie on w końcu będzie dziś najważniejszy. 

                                                                            *
-Witam - do mojego prowizorycznego pokoju, z sali szpitalnej wchodzi lekarz z wielkim bananem na twarzy.
Patrzę na niego zdziwiona, rzadko kiedy przychodzi z uśmiechem, zazwyczaj ma opadłe ramiona i smutek na twarzy. Lekarz jest na prawdę dla nas dobry, ma około 50 lat i może gdyby nie grymas smutku na jego twarzy mógłby być nawet przystojny, ale dzięki temu smutkowi genialnie wpisuję się w obraz placówki jaki tworzą pacjenci. Wszyscy tu jesteśmy smutni. 
- Wszystkie twoje badania i testy poszły pomyślnie- tłumaczy, kiedy nie bardzo łapie o co mu chodzi- Mam niespodziankę - mówiąc to podskakuje na podłodze, a ja patrzę na niego i mam wrażenie że powinniśmy zamienić się miejscami, może powinien by wziąć żółtą tabletkę na nadmierną wesołość ?
-Jaką ? - pytam bez większego entuzjazmu. Przyzwyczaiłam się do tutejszych niespodzianek .. " coś słodkiego " albo " idziemy na spacerek ". Mało mnie to wszystko obchodzi. Chce zostać w pokoju, patrzeć w okno i marzyć o tym że jestem JEGO żoną i wychowuję MU gromadkę uroczych dzieci. I o miłości. Marzę też o miłości.
-Dzisiaj będziesz  mieć widzenie ... - mówi zaglądając mi w oczy. 

O.O Tego nie ma w moim słowniku niespodzianek, tego się totalnie nie spodziewałam. 

-Jak to ?-  dziwie się. 
- Za 2 godziny bądź gotowa - uśmiecha się - Jesteś  na to przygotowana ? - pyta jakby wiedział co odpowiem. Problem w tym, że nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć. 
- Nie wiem - 2 lata temu rozmawiałam z rodziną, skąd mam to wiedzieć? 
Skąd mam wiedzieć jak oni zareagują, skąd mam wiedzieć co się tam właściwie dzieje, skąd mam wiedzieć jak wygląda świat ?
-Przyśle kogoś po ciebie ... - wychodzi zostawiając mnie samą.
Zobaczę mamę, tatę i Alice... Nie wiem co mnie blokuje, ale nie potrafię się z tego cieszyć... Nie potrafię choć wiem że powinnam bo jestem im to winna...ale najlepiej schowałabym się w oranżerii z tulipanami i papugami i zniknęła na cały dzień.
Zmienili się ?
Czy włosy mojej siostry nadal pełne są takiego samego blasku jak do niedawna moje, czy wciąż ma ten sam kolor jak mój, czy wciąż ma ten sam uśmiech jak mój ? Co się zmieniło przez ostatnie 2 lata... Nie mogę ukryć, że z jednej strony jestem ciekawa ich a z drugiej mam ochotę uciec. Uciec daleko i nigdy nie wrócić.

                                                                        *
    Stał i czekał w ogromnej sali widzeń. Wnętrze wydawało się przytulne, wygodne fotele z zielonej skóry, wielka sofa i telewizor, jak w salonie w domu.  "Oni nie robią jej krzywdy" wmawiał sobie... " Lia jest całkowicie bezpieczna " - gibał się nerwowo. Robił już chyba setne kółko na korytarzu, jak dalej tak pójdzie to wydepcze wielką fosę na środku. 
Matka Amalii położyła mu dłoń na ramieniu, żeby go uspokoić, chociaż sama zmagała się ze strachem...Żadne z nich nie wiedziało co ma o tym myśleć... To pierwsza ich taka sytuacja w życiu....nie wiedzą jak zareaguje na ich widok ukochana osoba ... i jak się ma ...czy się zmieniła... Myśli wwiercały się w ich umysły i uciskały wszystkich razem a potem każdego z osobna.
Nagle wszystkie myśli znikają, jakby ktoś ich wyłączył i zapada bolesna cisza...

    Drzwi po drugiej stronie pomieszczenia otworzyły się,  matka Amalii zachłystnęła się powietrzem.

 Była taka jaką zapamiętał, ale tylko wizualnie. Zdawał sobie sprawę że w środku się bardzo zmieniła. Uśmiechnęła się gdy zobaczyła swoją mamę, tak cholernie mocno tęsknił za tym uśmiechem... mógłby zrobić wszystko za jej ślicznie uniesione do góry kąciki ust i słodkie dołeczki w lekko zaróżowionych policzkach, ale potem zobaczyła jego....

                                                                    *
Chciałam uciec, tego mnie tu nauczono. Uciekać od źródła bólu i chować się przed nim. Z moich oczu zaczęły płynąć łzy, wszystko wróciło, ten ból, ta wszechogarniająca ciemność, nie chce, nie chce tam wracać. Bałam się na niego spojrzeć, ale ciekawość i tęsknota przez jebane 2 lata wzięły górę nad strachem.
 Jego twarz była smutna, zmęczona...mokra od łez ?
Tak.
Płakał.
Chciałam podejść i delikatnie go przytulić, ale zdobyłam się tylko na parę kroków i otarcie mu łez drżącą dłonią. Spojrzał na mnie tymi czekoladowymi oczami... TYMI OCZAMI
i wtedy powrócił ból.... coś złapało mnie za gardło dusząc, odbierało mi oddech.. nie mogłam się od tego uwolnić... kawałeczki pękniętego wcześniej serca brutalnie wbiły mi się w płuca... Traciłam oddech, strach sparaliżował mnie do cna. Uczucie bólu przyszło tak nagle i nieoczekiwanie że nie miałam szansy się od niego uwolnić... Z boku to co było dramatem  musiało wyglądać to komicznie, wyglądałam jak ryba wyrzucona na brzeg ostatnią myślą łapiąca oddech i walcząca o życie... i tak jak ryba bez wody, słyszałam szmer powoli uchodzącego ze mnie życia... 

                                                                                *
Dziewczyna upadła na kolana kuląc się ... jakby coś ją ciągnęło i przytłaczało, jakby walczyła z bólem, złapała się za gardło jakby potrzebowała tlenu, jakby ktoś złapał ją silną ręką za gardło i pozbawiał tchu ... patrzył na to wszystko z rosnącym  przerażeniem  ... a potem ją zabrali.
Uderzył pięścią w ścianę, aż wszystko się zachwiało, chciał poczuć ból...taki jaki czuła ona...ale ból fizyczny nie nadchodził...

Wyszedł przed budynek, musiał ogarnąć to co się przed chwilą stało. Ona naprawdę jest chora ...jest  chora przez niego ...  Chwycił paczkę papierosów, ale niechcący zgniótł je w dłoni, z furią wyrzucił je do kosza. 
Chwile potem pojawiła się mama Amalii, podeszła do niego i otarła mu łzy, a potem przytuliła. Musiał wyglądać mega żałośnie, skoro kobieta której córka przez niego jest od 2 lat w zakładzie psychiatrycznym, podchodzi do niego i go przytula. AH TA, PRZECIEŻ BYŁ SUPER MEGA ULTRA ŻAŁOSNY. 
Mężczyzna wyswobodził się ramion starszej kobiety, otarł łzy i poszedł gdzieś w tylko jemu znanym mu kierunku. Przed siebie. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz