Great Day

Great Day

sobota, 1 listopada 2014

5. Czułą przystanią dla mnie bądź

~Uczucie bycia nie kochanym jest największą nędzą ~



* Wsiadł w samolot ... 2 miesiące, to tylko 2 miesiące - czyli najmniejszy możliwy wymiar kary, ale jednak ... wytrzyma ... musi wytrzymać,... ale czy ona wytrzyma ? Jest słaba psychicznie.. zbyt słaba. Chciał być jej oporą, wspierać ją w trudnych momentach, pomóc jej wyzdrowieć, nie zrobi tego będąc daleko za granicą.  Bał się że Lia  nie da rady, że zaprzepaści to co udało się ponownie zbudować... oczywiście nie winił jej, jak mógłby ją winić, to on wyjechał, wiedział o tym doskonale, nic co się wydarzyło nie było jej winą. 

 Wyciąga telefon...3 krótkie sygnały.
- to zły pomysł żebyś teraz do niej dzwonił- nie ten głos chciał usłyszeć w słuchawce,  odebrał Mike
- mogę z nią porozmawiać ? - spytał zawiedziony że nie usłyszał jej głosu, a potrzebował zapewnienia że Lia będzie czekać... że dadzą radę. Potrzebował również powiedzieć jej co do niej czuje... 
- lepiej nie, jest coraz gorzej. Ona nie da rady. - Mike nie był przekonany. Denerwował go ten chłoptaś, miło że pomagał Lii i że był z nią w najgorszych momentach, ale to przecież on powinien przy niej być i nigdy nie zostawić. Bał się że pomiędzy Lią i Mikiem narodzi, albo już się narodziło uczucie... wtedy straci ją na zawsze. W końcu Mike był jej pocieszycielem w trudnych chwilach, czy może już nie ma szans. 
Najbardziej bolało to, że sam z własnej nieprzymusowej woli ją zostawił... Jak bardzo był wtedy głupi...
- muszę jej coś powiedzieć...teraz ! - warknął do słuchawki, nie obchodziło go że Mike próbuje go odwieść od pomysłu porozmawiania z Lią, musiał i już.
- coś ważnego ? - spytał lekceważący głos po drugiej stronie słuchawki.
-tak...proszę - Bill zmienił taktykę, nie żądać a prosić.
-ok, przekazuje telefon
 - Bill ? - głos jej się łamie - To ty...?
-Lia..chce ci coś powiedzieć...zanim wsiądę w ten cholerny samolot ty musisz to wiedzieć. 
- coś ważnego ?
-KOCHAM CIĘ
Po 2 stronie zapada cisza...wystraszyła się
-wrócisz ? - pyta po chwili dziewczyna
- za 2 miesiące, obiecuje - zapewnia.
- to długo ? 
- 61 dni, damy radę. - nie wie czy zapewnia ją czy samego siebie. 
- a potem znów będziesz musiał wyjechać - słyszy żal w jej głosie i wie że już nigdy nie chce go słyszeć... zrobi wszystko, żeby się uśmiechała...nawet kosztem jego szczęścia, ale czyż jego szczęściem nie jest jej promienny uśmiech, słowa "dzień dobry kochanie" co rano i "dobranoc" przed snem ?

 Zrozumiał, że brakuje mu tego uśmiechu i dołeczków w policzkach kiedy leżał na zimnej ziemi pod namiotem, a za ścianą z materiału hulał wiatr i lały się strugi deszczu... Tylko to wspomnienie jej uśmiechu pozwalało mu codziennie wstać i iść dalej, tylko te najpiękniejsze oczy trzymały go przy życiu, kiedy wróg był u bram, tylko wspomnienie tego jednego dotyku pozwalało mu zasnąć i spać spokojnie jakby jej duch wciąż czuwał i nie pozwalał mu zginąć, tylko ona była w jego umyśle i zawsze już pozostanie.

- rzucę to w cholerę - mówi poważnie.
- a jak wrócisz to mi zaśpiewasz ? - dziewczyna mówi coraz ciszej
- zaśpiewam...kończę ...kocham cię ... - stracił sygnał... 

~Jak liść wiszący na drzewie,
 och kochanie zawiśnij na mnie, 
jesteśmy bowiem stworzeni szarpanym wiatrem ~


                                                                
                                                                                
Siedziałam cicho na fotelu i wpatrywałam się w wyświetlacz telefonu. Trawiłam całą rozmowę jeszcze raz.
- wszystko ok ? - pyta Mike, siadając obok.
- tak, bardzo ok... - uśmiecham się -61 dni, dam radę - coś nowego, jakaś siła niewiadomego pochodzenia wstawia mi uśmiech na twarz... 
Nowe uczucie dodaje mi sił by wytrwać. 61 dni to nie jest tak dużo, a potem on wróci. Będzie obok, już zawsze... Biorę kartkę i zaczynam rysować kalendarz, codziennie wieczorem skreślę jeden dzień, gdy skreślę ostatni Bill wróci. 

~  Miłość jest jak światło z odległych gwiazd
nie umiera nigdy
nie istnieje bez nas
i jest naszym wspólnym dziełem ~

- Harlan  Coben- 



Dzień 1 ~~~~~~~
Dzień 2 ~~~~~~~
Dzień 3 ~~~~~~~
Dzień 4 ~~~~~~~

[ ... ] 

                                                            ^  20 dni później  ^

                                                                              
Wraca z poligonu do swojego obozu, zmywa z siebie pot i żar afgańskiego słońca a potem kładzie się na pryczy i nakrywa kocem, ale nie może zasnąć. Leży w całkowitych ciemnościach nasłuchując jak jakieś owady świętują kolejną noc z rzędu  i nachodzą go trudne myśli. 
Czy ona będzie czekała ?
 Czy wyzdrowieje ? 
Ile zajmie mu powrót do muzyki ?
 Czy będzie mógł ją zabierać w trasy koncertowe ?
 Ile jeszcze ...?
Te pytania wypalały dziurę w jego umyśle i sercu... Chciał by wszystko było dobrze i na swoim miejscu, chciał by to wszystko się nie wydarzyło, chciał wrócić do tego dnia kiedy obudził się obok niej, zabrał rzeczy i wyszedł... Chciał powiedzieć sobie z przeszłości " Zatrzymaj się i pomyśl, właśnie popełniasz największy błąd swojego życia ", ale nie można już było cofnąć czasu...
Dawno się z nią nie kontaktował, ale wolno im dzwonić tylko w niedzielę, a biorąc pod uwagę zmiany czasu, wtedy u niej jest noc. Nie chciał jej budzić. Straszliwie tęsknił. Tak wiele chciałby jej powiedzieć, a nie ma jak.


                                                                    *

Siedzę w pokoju i skreślam kolejny dzień na kalendarzu. Już niedługo znów będzie obok. Czy wróci żywy ? Cały ? Przecież tam trwa zimna wojna, co jeśli coś mu się stanie - nieeee, pocieszam się, nic mu się nie stanie. To przecież mój Bill, nic nie może mu się stać. 
Nagle przypominam sobie pewną historyjkę z przed 2 lat...

* 2 lata temu *


~ Przeszłość jest zawsze zapowiedzią tego co nadejdzie ~


 Idziemy zatłoczoną ulicą Berlina. Jest ciepły letni wieczór. Słodko trzymamy się za rączki.- chciałbym ci coś pokazać - szepcze mi do ucha i wciąga w tłum.
Patrzę i przecieram oczy ze zdumienia, to jest piękne. Mnóstwo ludzi ma w rękach kolorowe lampiony, podpalają je a potem wypuszczają w niebo. Patrzę z zachwytem i nie mogę się nadziwić. Ciemne niebo jest usiane kolorowymi łunami światła, jakie biją od wznoszących się coraz wyżej lampionów.
- chcesz też wypuścić lampion ? - pyta, obejmując mnie w pasie.
- tak, tak, tak - podskakuje ze szczęścia jak małe dziecko.
Kupujemy lampion, mężczyzna podpala małą świeczuszkę i podaje mi konstrukcje. Puszczam go i przyglądam się jak wznosi się ku górze. Znowu podskakuje jak mała dziewczynka.
Stoi z boku i bacznie mi się przygląda. Na jego usta wkrada się wielki, ciepły uśmiech. Po chwili brutalnie mnie łapie i podnosi....
Zaczyna się kręcić, a ja piszczę bo cały świat wiruje. Jestem szczęśliwa. Ten mężczyzna zmienił moje życie... na lepsze. Pochylam się i delikatnie go całuje.. zasłużył sobie.....



                                                                    * teraz *


Uśmiecham się do ściany.
- dlaczego musiałeś wtedy wyjechać ? - pytam sama siebie - przecież było tak pięknie ... nie musiałabym skakać...

~ Miłość czyni z nas poetów
a spotkanie ze śmiercią filozofów ~


Niespodziewanie nachodzi mnie chęć usłyszenia pewnego głosu, którego nie słyszałam tyle czasu...
Muszę gdzieś zadzwonić... Szybko łapie telefon, tak żeby Mike nie zauważył i wstaje.
- Muszę do toalety - mówię i zamykam się w pomieszczeniu.
Wybieram numer, który o dziwo wciąż pamiętam.
Osoba po drugiej stronie linii odbiera po 2 sygnale.
- Tak, słucham ?
- Tom ? - pytam chociaż poznaje po glosie...






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz