Great Day

Great Day

poniedziałek, 10 listopada 2014

7. Zanim odwiedzi cię śmierć, żyj, kochaj i śmiej się.

Wstaje rano z wielkim uśmiechem na twarzy i chęciami do życia. Dzisiaj mogę zacząć już odliczać tydzień. Tylko tydzień dzieli mnie od spotkania z Billem i może nawet od zaczęcia nowego " zdrowego " etapu w życiu. Lekarze po namyśle stwierdzili, że uczyniłam postępy, że być może jeszcze tydzień zostanę na obserwacji i będą mogli ze spokojem ducha wypisać mnie ze szpitala.
- Co cię tak nosi ? - Mike przysiada na kozetce gdy jesteśmy u lekarza, który jak co tydzień sprawdza mój stan zdrowia. 
-Mike ! on zaraz wraca ... - krzyczę ze szczęścia i macham nogami. Lekarz patrzy na mnie pobłaźliwie i momentalnie się uspokajam, jeszcze gotów mnie tu zostawić na dłużej.
Mike prosi żeby zostawił nas samych i lekarz pośpiesznie wychodzi.
- Kogo masz na myśli ? - zagaduje mnie 
- Oczywiście, że Billa - odpowiadam nie mając pojęcia, że wbijam mu tym nóż, nie w plecy a w samo serce. 
- aaa - markotnieje
- Mike ? - robię zdziwioną minę - nie cieszysz się ? - Mogłabym wznieść się ku niebu ze szczęścia, chciałabym zarażać tym wszystkich dookoła, za tydzień wraca Bill, za tydzień z dużym prawdopodobieństwem stad wyjdę,  ślub Alice i Toma, za nie dalej jak dwa tygodnie życie przybierze znów właściwe tory. 
- Lia .. chyba już najwyższy czas ... by się zastanowić czy warto. Zostawił cię, wyjechał i miał cię kompletnie gdzieś. - słowa Mike studzą mój dobry humor. 
- co ty sugerujesz ? - patrzę na niego nierozumiejącym wzrokiem.
- ja bym cię nigdy nie zostawił... - nie kończy, ale oboje wiemy co nie zostało wypowiedziane. 
Zapada cisza ...z wrażenia w gardle rośnie mi wielka gula...
-Lia...?
-Mike...ja   ?- nie mam pojęcia co powiedzieć i czy w ogóle powinnam coś powiedzieć.
- Tak. - zbiera się na odwagę -  Lia..kocham Cię... nie zauważyłaś, że od jakiegoś czasu stale muszę przy tobie przebywać...to mnie tu trzyma... ty mnie tu trzymasz. Nie przychodzę do ciebie bo cie lubie, gdyby tak było stale przebywał też w pokojach innych pacjentów, to ty jesteś wyjątkowa, sprawiasz że nie mogę stąd wyjść. 
- Mike, tak nie może być - szepcze - To wszystko zniszczy ..naszą przyjaźń  naprawdę lubiłam tego chłopaka i wciąż go lubię, ale tylko lubię, nigdy nie oferowałam mu niczego co mogłoby go zwodzić.
- Nie ... po prostu chciałem żebyś wiedziała ... - trzaśnięcie drzwiami wyrywa mnie z osłupienia, rozglądam się po pokoju, Mika nigdzie nie ma, rzucił mi takie rewelacje w twarz i wyszedł. 

Po niedługiej chwili wraca lekarz i  zastaje mnie siedzącą na podłodze i mrugającą powiekami  ( jego mina gdy widzi mnie na podłodze ..bezcenna xD ) Po badaniach okazuje się że wszystko jest w porządku, wracam do zdrowia...ale ja zamiast się cieszyć wciąż rozmyślam.
- Lepiej będzie o nim zapomnieć - mówię sama do siebie ... ( lekarz wybałusza gały ... O.O )
-Może jeszcze raz powinienem cię  zbadać ... - zastanawia się 
-NIE.... ! nic mi nie jest - opanowuje sytuacje i wychodzę... zanim Marian znajdzie w moim mózgu kolejny powód do zamknięcia mnie na oddziale. 


W pokoju jest cicho ..za cicho ..bo brakuje to Mika... jego obecność mnie rozweselała...zawsze... Spoglądam na kalendarz ...tylko tydzień...

- List polecony od żandarmerii wojskowej - nagle wchodzi Mike i kładzie kopertę na stole i bez wyrazu twarzy szybko wychodzi.... 
Nie rozumiem, list ? List do mnie ? Nie wolno nam przyjmować tu listów, żadnych. 
Otwieram ...

Afganistan
( dzień i miesiąc utajnione )

Ze smutkiem musimy powiadomić o nagłej śmierci dobrego żołnierza, syna i brata na skutek wybuchu granatu odłamkowego. 
Honorowa Śmierć 
- Bill Kaulitz -
-23 l -

Pokój jego duszy.

Z poważaniem 
-Żandarmeria Wojskowa -


Stoję jak sparaliżowana...
W uszach zaczyna mi pipczeć... 
Nie mogę poruszyć żadną częścią ciała, 


a po chwili przychodzi ból....


Upadam na kolana....
Podpieram się rękoma by nie uderzyć głową o podłogę...
To nic nie daje...


Upadam...


Kule się pod natłokiem myśli...
Zwijam się w kłębuszek...
Nie płacze...
Moje łzy gdzieś się zacięły....
Nie mogę oddychać...
Nie mogę już myśleć
Nie rozumiem co się dzieje 
Duszę się 
w mojej głowie panuje chaos 
Krzyk myśli - uderzenia serca - szum przepływającej krwi - płytki oddech


On ...

Odszedł...

Na...

Zawsze...

Koniec miłości...


Koniec mojego życia....



Śmierć stawia nas w obliczu bezsilności,
która nas obezwładnia i zabiera w nieznane,
a kiedy pojawia się kradnąc ukochaną osobę
przeszywa serce bólem i odznacza w nim swoje piętno,
które przypomina nam stale
jacy jesteśmy wobec niej bezsilni ....




                                                                    * 2 dni później *

Otwieram oczy. Powoli docierają do mnie bodźce zewnętrzne...2 dni leżałam sparaliżowana pod natłokiem myśli i uczuć.... zaczynam miarowo oddychać. Moje płuca niemiłosiernie mnie bolą, przez te 48h musiały zadawalać się rzadkimi, płytkimi oddechami. Nie mam siły by wytrwać ból jaki nadchodzi z każdym głębszym wdechem. Nie mam siły na nic...

Miał wrócić...Miał mi zaśpiewać...
Miał żyć do cholery !...dla mnie.... dla Toma... dla Simone...dla Gordona... dla nas ....
Rzucam się na łóżku i wale pięściami w poduszkę...
- DLACZEGO !!!!!!!!!!!!! - krzyczę

Przychodzi Mike... jego mina zdradza wszystko.... także cierpi.... ze mną ...dla mnie... dla niego ... obejmuje mnie i podaje coś dożylnie, znowu jestem przykuta do łóżka. 

-Obiecaj mi że się nie zabijesz ... - mówi
-Nie mogę - odpowiadam ... i zamykam oczy, nie chce żyć bo dla kogo ?
Normalna osoba na moim miejscu próbowała by ułożyć sobie życie na nowo z Mikiem ...ale nie ja... byłam zarażona taką wielką miłością do niego że nie mogę... nie teraz....
 Teraz tylko śmierć jest wybawieniem ... tylko ona pomoże... tylko ona wyciągnie ... tylko ona pozwoli zapomnieć...

życie ....śmierć....życie ....śmierć....Miłość ...

Jeśli nie przyjmiesz śmierci jak ukochanej...
będziesz ją musiał przyjąć jak kata ...














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz