Great Day

Great Day

piątek, 14 listopada 2014

8. Ich will da nicht allein sein. Lass uns gemeinsam. In die Nacht. Irgedwann wird es Zeit sein. Lass uns gemeinsam. In die Nacht.



Rzucam poduszką o ścianę a potem wale w nią pięściami, aż nie przyjdzie Mike ze strzykawką i środkiem uspokajającym, i tak codziennie od nowa. Codziennie budzę się z krzykiem i dziką furią i codziennie podają mi leki nasenne i koło się domyka...
A dni mijają niezależnie od tego czy skreślam je na kalendarzu, który zatytułowałam "Powrót Billa ", czy nie...
***

Któregoś dnia budzę się i czuję, że coś się zmieniło. Nie mam ochoty kolejny raz walić w ścianę...dociera do mnie zdradziecka prawda...
Już tak dłużej nie mogę. Nie mogę dusić w sobie tego bólu. Nie mam pojęcia ile minęło już czasu od JEGO śmierci... ale potrzebuje go....a jest tylko jeden sposób by być z nim już na zawsze. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam ? Dlaczego męczyłam się i łamałam paznokcie waląc pięściami w łóżko i drapiąc pościel. Rozwiązanie jest takie proste... 

                                                                                *

Kiedy tego dnia przychodzi Mike jest radosny z mojej zmiany, bo jeszcze nie ma pojęcia co zamierzam zrobić. Błagam go byśmy wyszli... Opowiadam o niebieskim niebie, o tym jak bardzo chciałąbym wyjść, ale nie na dziedziniec, tylko na miasto. Proszę by pozwolił mi odetchnąć, mówię mu że się tu duszę, muszę wyjść niezależnie od tego czy Mike się zgodzi czy nie, ale jego zgoda wszystko by ułatwiła. Początkowo stawia opór, lecz jestem nieugięta i proszę puki się nie zgodzi. 

                                                                                    *
Po uzbieraniu wszystkich potrzebnych zgód i podpisów lekarzy wychodzimy z Mikiem na spacer. Całe szczęście idzie tylko on, nie ma z nami żadnej innej opiekunki ponieważ przyjechał nowy " Transport " psychopatów na mój oddział, wszyscy są bardzo zajęci. Dlatego gdy Mike prosi ordynatora o pozwolenie na spacer ten tylko zbywa go szybki "Tak" i pozwala nam wyjść. Los mi bardzo sprzyja, biorę to za dobrą monetę do tego co zamierzam zrobić, ale dla ordynatora to ostatni dzień w pracy. Tak więc Mike idzie sam , świetnie - Jego będzie się łatwo pozbyć.

Idziemy Unten den Linden i przypominam sobie jak jakiś czas temu szłam tędy z Billem. Powiedział wtedy że mnie kocha. Dostałam też wtedy śliczną bransoletkę. Noszę ją do tej pory. Kiedy trafiłam do psychiatryka chcieli mnie jej pozbawić, ale gryzłam i kopałam. Stwierdzili że to ważna dla mnie rzecz, a że nie uznali jej za potencjalną broń  pozwolili  mi ją zachować. 
Ważna ?
Nikt z nich nawet zdawał sobie sprawy z tego jak ważna ona dla mnie była...i jest oczywiście. Ma ogromną wartość, jest dowodem naszej miłości jak również i dowodem na to że mój ukochany kiedyś istniał ....
Wiem co muszę zrobić...
-Muszę do toalety - mówię i ruszam w kierunku toalet publicznych. Mike oczywiście idzie za mną, ale gdy znikam w damskiej  łazience odpuszcza i zostaje za drzwiami. 
Zamykam się w jednej z kabin.... " Teraz albo nigdy " szepcze chcąc dodać sobie otuchy.

Wymykam się niezauważona, co okazało się dziecinnie łatwe ponieważ okienko od toalet było otwarte a ja wystarczająco szczupła, żeby się przecisnąć, los wciąż mi sprzyja  i idę w stronę budynku psvhiatryka, obok znajduje się wysoki hotel..to jest mój cel . Odwracam się , Mike nadal tam na mnie czeka. Nie domyśla się nawet co próbuje zrobić i to właśnie daje mi nad nim przewagę czasu, zanim się zorientuje to będzie już po wszystkim...


Wchodzę na dach budynku. Z tej wysokości dostrzegam że Mike właśnie ogarnął że zniknęłam. Rozgląda się.... tłum gapiów umożliwia mu zlokalizowanie mnie, nie widzę zbyt dobrze z tej odległości, ale chyba wyciąga telefon... jest przerażony ....

* U Mika *
Serce mu na chwile zamarło... wyciągnął telefon. Patrząc na dziewczynę z dołu zaczyna żałować wszystkiego co zrobił, wyrzuty sumienia uderzają go jak grom z nieba. 
- Mike ? - słyszy szczęśliwy głos w słuchawce  - już jestem... gdzie jest Lia.... ? 
- Bill -  słowa zamierają  mu na ustach, co ma mu do diabła powiedzieć ? 
- Tak ? - pyta zbity z tropu 
- Spójrz na dach hotelu....
- ok, czekaj.. - słyszy kroki. Mężczyzna idzie w stronę okna - O mój Boże !! - rozłączył się
Mike nie czekał długo... Ruszył biegiem ...w kierunku hotelu.... 
- Co ja narobiłem ....??

* U Lii *

-Teraz-  mówię sobie i robi mi się niedobrze, nie przypuszczałam, że będzie tak wysoko i tak zimno.  Jeszcze raz przywołuje w pamięci twarz Billa. Umarł... 
- Liaaaaa  !!! - słyszę nawet jego głos, teraz wydaje się to takie proste, dwa kroki i znów go zobaczę. 
Zamykam oczy ... i przesuwam się na krawędź dachu
-Cofnij się ! - głos Billa jest przerażony ... dlaczego ? Przecież zaraz będziemy razem .. - Liaaaa NIE !!!! - zsuwam powoli jedną nogę w przepaść, czuje groźny powiew wiatru i słyszę kroki tuż za sobą .... powoli przenoszę ciężar ciała do przodu i lecę.... Poczułam silne szarpnięcie za rękę, aż okropnie zabolało mnie ramię ? To juź ?  Po chwili czuje ciepło .... dociera do mnie że ktoś płacze ..ktoś bardzo mocno szlocha ... Otwieram oczy ..widzę twarz Billa... Udało się :)

- Dlaczego płaczesz ? - pytam nie rozumiejąc - Anioły nie powinny płakać
- Dlaczego znowu chciałaś się zabić ? - te słowa mnie porażają... rozglądam się .... Żyje....

- Bill....??
- Jestem tutaj.... - nie może oddychać przez łzy, tuli mnie mocno do siebie i gładzi po włosach - Lia .... 
- Ale ten list .... - nic nie rozumiem, rozglądam się, wciąż jestem na dachu hotelu w ramionach Billa, żyjącego Billa. 

-To ja go wysłałem... - słyszę głos Mika, który nagle materializuje się obok nas  - chciałem byś myślała że on umarł..,. 
- Kłamałeś ? !!!!!! - wyduszam z siebie
- Lia...
-Zamknij się i się nie zbliżaj, mało brakowało a mogłaby przez ciebie umrzeć.... - słyszę krzyk Billa. Jest wściekły - Zabije cię - syczy ....
-Bill... jesteś tu .... - szepcze idiotyczny tekst i wybucham płaczem... tyle emocji ... tyle kłamstw... - kłamca ! - mówię oskarżycielsko w kierunku Mike.
- Nie Lia ...- próbuje się bronić - Ja tylko ...
- Zamilcz - mówię te okropne dla mnie słowa i sama jestem zdziwiona, że wsadziłam w nie tyle jadu. Robi mi się żal Mike, w końcu... był moim przyjacielem... Właśnie...był. W jak wielu rzeczach jeszcze kłamał. 

Wracamy do budynku szpitala, trzaśnięcie drzwi do mojej sali zrzuca kartkę z zaznaczonym dzisiejszym dniem, zaznaczonym jako dzień powrotu Billa i dzień wyjścia ze szpitala. Jedno kłamstwo wszystko przekreśliło, nie wyjdę stąd tak szybko jak się spodziewałam. 


Karą dla kłamcy nie jest to że mu nikt nie wierzy,
lecz to że sam nie potrafi uwierzyć nikomu...





















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz