Great Day

Great Day

niedziela, 22 lutego 2015

31. Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny, są on e na wzór prochu zatlonego co wystrzeliwiwszy gaśnie...


- jutro trasa - Bill był mocno podekscytowany.
- będziemy tęsknić- jęknęłam cicho tuląc synka... Bill nas objął
- damy rade..  dwa miesiące to nie wieczność- ale to znowu nie zabrzmiało szczczerze... 
Objeliśmy się i staliśmy tak chwilę w milczeniu.. tylko tykanie zegara uświadamiało nas o czasie, którego tak mało nam już zostało... nie wiedziałam że aż tak mało...

Pożegnania, nie lubie ich
Wydają się taką ostatecznościa.
Nigdy niewiadomo czy zobaczy się kogoś
z kim właśnie ściskasz dłoń i kogo całujesz w policzek
komu machasz z oddali.
Może to ostatni dotyk
ostatnie słowa
nie ma nic gorszego od pożegnań...


Wyszedł... smutno, głucho, cicho... Brakuje mi go już teraz a przecież jeszcze 2 miesiące... 

Smutek to uczucie jakgdyby się toneło
jak gdyby grzebano cie w ziemi
zanurzam się w wodzie, która ma pławy kolor rozkopanej gleby
każdy oddech duzi
nie ma niczego, czego można by się podtrzymać
niczego w co można by się wbić pazurami
nie ma wyjścia, trzeba odpuścić....

Nastepnego dnia wysłałam mu Sms ... miałam nadzieję że tęskni.. jak bardzo się myliłam.
A: Uśmiechnięci, wpół objęci spróbujemy szukać zgody, choć różnimy się od siebie jak dwie krople czystej wody
B : wiesz muszę ci coś wyznać.... nie umiałem w prost
A : stało się coś ??
B: nie wiem.. chyba ..
A : co ? prosto z mostu
B : zakochałem się.. przykro mi
A : słucham
B : zapomnij o mnie najlepiej, nie pisz więcej. Ja poprostu chce to zakończyć... nie chce mieć z tobą nic wspólnego...

Zatkało mnie... przecież wszystko miało być ok... jak to możliwe ? Przecież nie dawno ślub ... teraz dziecko.. co dalej ?
Weszłam do łazienki i obudziły się we mnie chore masochistyczne myśli, one powróciły... wcześniej to obecność Billa trzymała mnie z dala od problemów z psychiką.. teraz go zabrakło.. zaczęłam się świadomie ... ciąć żyletką, żeby to wszystko odreagować. Po podłodze pociekły pierwsze krople krwi... rozsmarowałam je po bialutkiej terakocie pisząc
" Miłość nie istnieje ". Przed oczami miałam nasz ślub, poród... uśmiech Billa.. kolejne krople krwi,,, peron...- następne...- jak mi się oświadczał - kolejne - mówił że kocha - następna... i zapadła ciemność.... usłyszałam tylko płacz dziecka... i mój umysł się wyłączył...

***

Otwieram oczy, jestem w szpitalu, koło łóżka siedzi Simone... ? Mama Billa.. jego nie ma... no tak przecież ma teraz nową miłość... nie chce żyć... po co mi życie bez niego.. on był moim życiem... przecież człowiek bez miłości jest już w 90 % martwy ...
- Amii.. - usłyszałam głos mojej mamy
- uhum .. - jęknełam
- jest na zewnątrz ktoś kto chciałby z tobą porozmawiać
- jeśli chodzi o Billa to nie chce - odruchowo schowałam się pod kołdrę
- nie, przyszedł Tom
-ok, pogadam - powiedziałam od niechcenia
- Amalio on nie przyszedł bronić Billa - powiedziała Simone i wyszły
- Hej .. - usiadł obok - Bill już wie... yyy ... jest totalnym idiotą... więc gdybyś czegoś potrzebowała.. kasy.. czegokolwiek...to wal śmiało - kasy... właśnie.. ja i moi rodzice nigdy nie byliśmy bogaci ... a jak mam wychować dziecko..
Wyszedł.. nawet na mnie nie patrząc... i po chwili przyniósł mi synka... przytuliłam się do niego.
- Jest jeszcze malutki więc musi być przy tobie



***
Wróciłam do domu... i prawie że na wejście dostałam sms od Billa
B : wpadne do ciebie o 16 .. ok ??
A : jak to ?
B : od jakiegoś czasu jestem, w Hamburgu ... ten koncert to sciema.. to nie ma znaczenia ... porozmawiamy
A : o czym.. chyba nie mamy już tematów - głos mi się łamał... ale on nie zwracał na to uwagi
B : ok, ale bądź o 16 w parku, to ważne...

Ehh, zostawiłam synka siostrze i poszłam. W sercu coś mnie sciskało... czy dzisiaj ją poznam ?
- Bill... -jęknełam cicho gdy zobaczyłam te czekoladowe tęńczówki... Powtstrzymałam się od płaczu niemal siłą... Widział to...
- to jest Dagmara - powiedział od razu - od jakiegoś czasu z nią jestem... i mieszkam... 
Spojrzałam na brunetkę
- Bill.. -urwałam i wybuchłam płaczem... nie łatwo jest poznać kobietę, która w jednej chwili zabrała wszystko...
- przykro mi, ale...ehh...Amalio chciałbym zamieszkać w naszym domu z Dagusią - objął ją czule ...zaraz co ...? Wyrzuca mnie ... łkałam 
- ale...
- spokojnie... nie musisz wyjeżdżać tak od razu - powiedział w moje zapłakane oczy - jak dla mnie to wy wcale nie musicie wyjeżdżać - dodał cicho.
- masz czas do juta ! - zarządziła Dagmara zimnym głosem... z uśmiechem. 
Odwróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie a ja miałam cichą nadzieję że się przewróci.. głupia dziwka.

Zanim Bill odszedł jeszcze raz spojrzał mi w oczy. Nie chciał dla mnie źle .. mimo wszystko. Było mu przykro że jego kobieta mnie tak potraktowała. Znowu pociekły mi łzy.
- prosze..nie - powiedział głosem pełnym bólu
- jak ja teraz wychowam dziecko ??
- dam.. dam wam wszystko...
- ty byłeś wszystkim... dla mnie.. dla niego.. - i znów fala łez. Chciał mnie przytulić, ale zdołał się tylko na ciche " Przepraszam " i odszedł.

Wróciłam do pustego domu. Teraz już nie mojego. Od razu wziełam się za pakowanie, jutro mam zniknąć ...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz